piątek, 11 września 2020

Wszystko jest relatywne

Wszystko jest subiektywne.
Nie ma jednej definicji piękna.

Piękna może być zatem kupa na dnie sedesu,
Otoczona słomkowym morzem,
Spuszczona do rzeki,
Pełna nasionek, kosteczek i innego syfu.

Piękna może być kropla spermy,
Która spływa z mojej dłoni po moim nadgarstku.
Robi to niczym łza wypływająca z policzka.
Gorsza, bo nieco mętna? 
Zostawiłbym ją na trochę, lecz nie mogę.
Chodzenie ze spermą na ręce to faux pas nawet w kręgach,
Gdzie ja się obracam.

Piękna może być zatem plama po kawie
Albo krwi, bo jaka właściwie jest w praktyce różnica?
Pozostawiona na pościeli,
Której nic nie wybieli...

Piękna może być także śmierć,
Ale pomimo całego turpizmu tekstów,
Ten temat ciągle zdaje się być tabu.
Marzę o dniu, gdy przestaniemy pętać anioły do ziemi.

Piękna nie może być tylko moja sztuka,
Moja twarz, mój charakter i cała moja osoba.
Nic co zrobię nigdy nie będzie jawiło się jako piękne
I jest to jedyna obiektywna definicja piękna.

sobota, 30 maja 2020

Epitafium dla Georga Floyda

Prawie milion ich było,
Dom wybudowali.
Chociaż ich przymuszono,
Nie poprzestawali.

Przeżyli wiele złego,
Sporo wycierpieli,
Niczym Jezus na krzyżu,
Lecz pełni nadziei!

Wolność im dawkowali,
Widzieli w nich zagrożenie,
A nie biednych ludzi.
W końcu się udało.

Jednak ich walka trwa nadal,
Wciąż się nie skończyła,
Choć im Lincoln prawa nadał,
A Luther po wieku miał dokończyć dzieła.

Ofiarami są niesprawiedliwości,
Policyjna bezkarność
Dziś im łamie kości.
Rośnij solidarność!

George Floyd był człowiekiem
I choć go zamęczyli,
Tego odebrać nie mogą,
Czas na ferwor chwili!

Prezydent dziś chce strzelać do obywateli,
Śmierć oraz destrukcja na ulicach ścieli...
George Floyd nie był zwykłym wichrzycielem,
Więc może ty też nie bądź aż takim skurwielem.

poniedziałek, 18 maja 2020

Nie pytają Nas o imię

Tak nie pachnie saska kępa,
Zapach ten bliższy benzynie.
Kto tak kaszle i kto stęka?
Człowiek, który wolno ginie.

Sracie na nas z uśmiechami.
Kto pamięta dzisiaj jeszcze,
Gdy stawaliśmy za wami?
W jednym wersie bólu swego nie pomieszczę...

Te szachrajstwa i nieprawdy
Odmieniły waszą mowę,
Ale nawet człowiek słaby
Wkrótce sam się o tym dowie.

Nie możecie wiecznie kłamać,
Więc przyznajcie się do winy,
Miejcie odrobinę godności,
Zanim my was powiesimy.

To nie ostry cień przed wami,
Lecz rodaków wściekłe tłumy.
Serce moje może krwawi,
Jednak dzisiaj umrzesz Ty!

poniedziałek, 11 maja 2020

„Obrazy pokoleń w rozmaitych tekstach kultury”


„Każde pokolenie ma własny czas” śpiewał wokalista zespołu Kombii. Te proste słowa celnie oddają pewne zjawisko istniejące od zarania dziejów. Pokolenia różnią się od siebie. Nie ma w tym stwierdzeniu niczego szczególnie zaskakującego i odkrywczego. Ten oczywisty truizm wynika z faktu, że wszyscy rodzimy się, wychowujemy i żyjemy w innym czasie (nawet jeśli pozornie równolegle). Ludzi dawno temu kształtowały zupełnie inne czynniki od obecnie panujących. Wraz z dynamicznie rozwijającym się światem, błyskawicznie zmieniają się panujące trendy i w rezultacie ludzie. Czasem nawet młode pokolenia mają problem z nadążeniem za własnym rocznikiem. Poza tym występują oczywiste tarcia pokoleniowe. Konflikt jest zrozumiały. Zgodnie z filozofią heglowską dochodzi do starcia tezy z antytezą z czego wynika później synteza – nowy ład. Proces ten zachodzi stale i nieprzerwanie. Kiedyś Sokrates wypominał swoim uczniom, że książki są zbyt wielkim ułatwieniem, dzisiaj podobnie czyni się podczas rozmowy o komputerach albo internecie. Jak jednak pisarze opisywali tak szeroką i istotną z punktu widzenia socjologii grupę, jaką są pokolenia?
„Tango” Sławomira Mrożka jest pierwszym utworem, który przychodzi mi na myśl, kiedy myślę o ukazywaniu pokoleń w tekstach kultury. Ów dramat skupia się na trzech generacjach występujących w obrębie jednej rodziny. Każda z postaci ma własny, unikalny „głos”, lecz jednocześnie na kształtowanie się jej tożsamości ma wpływ pokolenie z którego się wywodzi. W związku z różnicami w mentalności pomiędzy domownikami, dochodzi ostatecznie do starcia. Generacja najstarszych (reprezentowana w dramacie przez Eugeniusza oraz Eugenię) i najmłodszych (z której wywodzi się Artur) domowników zawiera sekretny sojusz. Obydwie generacje mają dość dominacji pokolenia średniego. Ich współpraca jest tymczasowa. Początkowy sojusz rozpada się, kiedy Artur stwierdza, że nie mogą wykreować wspólnego systemu i postanawia narzucić swój dyktat. Człowiek staroświecki nawet z korelującymi celami, nie jest w stanie dokonać rewolucji nowoczesnej, a uwstecznienie nie satysfakcjonuje nikogo poza starymi sentymentalistami. Artur chce formować przyszłość na swoich zasadach bez niczyjej pomocy lub ingerencji. Ulega radykalizacji. Ostatecznie nie udaje mu się osiągnąć celu. Triumfuje osoba spoza walki pokoleń – Edek, który wykorzystuje sprzyjającą sytuację, żeby narzucić swój dyktat. Wszystkie pokolenia są poróżnione, nie potrafią się zjednoczyć. Zbyt uparcie dążą do realizacji własnych ideałów, żeby wypracować jakikolwiek konsesus. Wizja Mrożka może wydawać się bardzo pesymistyczna, gdyż dobitnie ukazuje maleńkość człowieka, a nawet całej grupy, wobec poważnych zagrożeń.
Innym przykładem utworu traktującego o różnicach pokoleniowych jest „Lalka” Bolesława Prusa. Autor w powieści opisuje realia dziewiętnastowiecznej Warszawy. Początkowo utwór miał zostać zatytułowany „Trzy pokolenia”, co wskazuje na zamysł pisarza przy kreacji świata przedstawionego i bohaterów. Prus w swojej powieści celnie charakteryzuje problemy socjologiczne współczesnych mu czasów. Pokolenia diametralnie różnią się między sobą. Rzecki reprezentuje generację dawnych indealistów, co objawia się między innymi w jego romantycznym spojrzeniu na świat oraz bezkrytycznym bonapartyzmie. Młode pokolenie (reprezentowane przez Ochockiego) stoi w opozycji do starych wartości. W rozumieniu heglowskim ci pozytywistyczni idealiści naukowi są antytezą dawnego ładu. W najgorszym położeniu znajduje się pokolenie przejściowe do którego należy Stanisław Wokulski. Są oni rozdarci pomiędzy ideałami romantycznymi a pozytywistycznymi. Żyją w tym świecie, lecz chociaż go zdominowali, mają wrażenie, że stworzyła go przeszła generacja, a odmieni nowa. Wewnętrzny niepokój sprawia, że ciągle czegoś szukają, lecz nie mogą osiągnąć ostatecznie satysfakcji lub jakiejkolwiek stałej namiastki zaspokojenia. Wizja ta pod paroma względami odbiega od tej wykreowanej w dramacie Mrożka, gdyż nie ma sojuszu między starym i nowym pokoleniem, jest natomiast wielka konfuzja generacji środka.
Znacznie inaczej i przewrotnie obraz pokoleń w „Moralności pani Dulskiej” kreuje Gabriela Zapolska. Konflikt pomiędzy generacjami jest wyraźny od samego początku dramatu. W tej tragifarsie następują nieustanne tarcia pomiędzy panią Dulską, a jej synem – Zbyszkiem. Młody Dulski jest osobą butną, która sprzeciwia się porządkowi, który usiłuje utrzymać jego matka. Ma dość jej kołtuństwa i moralności na pokaz. Jest zdeterminowany, żeby przerwać ten krąg zakłamania wskutek swojej jednostkowej rewolucji. Cechuje go młodzieńcza naiwność, która sprawia, że przecenia swoje własne siły. Zdaje mu się, że może sam jeden zakończyć sztuczną, mieszczańską moralność. Wraz z rozwojem akcji okazuje się jednak, że bunt jest niemożliwy. Kiedy dowiedział się, że zaciążył służkę, chciał koniecznie wziąć z nią ślub (motywował go przede wszystkim sprzeciw matki). Zmienił zdanie, ponieważ zabrakło mu odwagi, gdy usłyszał, że wskutek tej decyzji nie dostanie już żadnych pieniędzy. Wygrywa oportunistyczna natura Zbyszka, która okazuje się nie różnić w rzeczywistości od maniery jego matki. Potwierdza się fakt, że nie da się być innym niż społeczeństwo, w którym się dorosło.
Ostatecznie ciężko jednoznacznie zdefiniować co kieruje konfliktem pokoleń, można jednak jednoznacznie stwierdzić, że ów istnieje. Nieważne kto walczy i o co, zawsze zmusza to do reakcji pozostałe generacje. Nie mogą być one ze sobą w pełni kompatybilne (na co wskazują Bolesław Prus i Sławomir Mrożek), gdyż ich sytuacja jest diametralnie inna, lecz w rzeczywistości pod powierzchowną warstwą różnic kryje się wiele podobieństw (co zauważa w swoim dramacie Gabriela Zapolska). Bunt jest dla młodych naturalnych, a starzy w związku z tym zmuszeni są przejść do defensywy. Później ci młodzi idealiści sami stają się obrońcami ukształtowanej w efekcie swojej walki rzeczywistości, aż sami nie przeminą, a wtedy zastępuje ich następna generacja. Proces ten jest naturalny i nieuchronny. Koresponduje z (przywołaną przeze mnie parokrotnie) koncepcją heglowską. Świat nie znosi stagnacji, a pokolenia będą nieustannie generować kolejne konflikty.

czwartek, 2 kwietnia 2020

sobota, 28 marca 2020

Bezpieczna przystań


Bezpieczna przystań

- Niech zgadnę, chcesz wejść do miasta? - mężczyzna odezwał się dźwięcznym barytonem.
Kobieta odwróciła się w jego stronę. Wydawała się zdezorientowana. Zamrugała parokrotnie. Mężczyzna zastanawiał się, czy powinien powtórzyć pytanie. Kobieta trzymała zawiniątko w dłoniach i ściskała je blisko piersi. „Zapewne jej dziecko.” - pomyślał mężczyzna.
- Skąd wiesz? - naiwnie spytała.
Mężczyzna zaśmiał się, ale widząc, że może tym urazić nieznajomą, machnął dłonią i rzekł:
- To oczywiste, każdy chce się dostać do miasta, ale to marny trud. Nie ma sensu nawet próbować. Będziesz stała w niekończącej się kolejce, żeby zostać odprawioną z kwitkiem. Nie myśl nawet o łapówce. Nie mówię tego dlatego, że system nie jest skorumpowany. Jestem pewien, że strażnicy codziennie biorą w łapę. Nie wierzę jednak, że miałabyś sumę, która mogłaby ich usatysfakcjonować. Chciwe skurwysyny... Nie przepuszczą cię, nawet jeśli powiesz im, że niesiesz ze sobą dziecko. Nie mają już skrupułów. Sumienia pozbawiło ich rutynowe odprawianie ludzi w twojej sytuacji. Po setnym razie trudno wykrzesać z siebie odrobinę empatii.
- Mój Boże… Co powinnam zrobić? - była przerażona.
- Roch jestem.
- Marlena, ale nie mam czasu na te uprzejmości, muszę się dostać do środka.
- Masz mnóstwo czasu Marleno. Nie rób proszę takiej miny. Mogę ci pomóc, ale okaż proszę trochę cierpliwości.
- Jak możesz…?
- Wszystko w swoim czasie.
Marlenie ciężko było w to uwierzyć. W świecie jaki znała, nikomu nie należało ufać. Nie chciała się zatrzymywać, ale chyba musiała. Chodziło jej przede wszystkim o dobro dziecka. Czuła się drugorzędna, byleby ono przeżyło.
Roch namówił ją na rozmowę. Przysiadła się do niego na drewnianej, rozpadającej się ławce, która widziała w przeszłości zdecydowanie lepsze dni. Odklejała się od niej warstwami zielona farba, metal zupełnie przerdzewiał, a drewno spróchniało. Marlena zawsze zwracała uwagę na najbardziej nieistotne detale. Patrząc na Rocha stwierdziła, że trochę przypomina tę ławkę. Zmarszczony starzec, którego ciało zwiotczało i skarlało z upływem lat. W przeszłości mógł być prawdziwym Don Juanem. Miał zadatki na urokliwego amanta. Cień czegoś takiego bez trudu odnaleźć można było w jego uśmiechu. Nie sprawiał wrażenia osoby zupełnie godnej zaufania, lecz z drugiej strony nie zachowywał się niestosownie i okazał rzadko spotykaną uprzejmość względem obcej mu osoby. Początkowo omijał temat. Był niechętny do zdradzania jakichkolwiek szczegółów swojej propozycji. Wreszcie, kiedy widział, że Marlena definitywnie dość ma już rozmów o pogodzie, bólach w stawach oraz dawno zostawionej przeszłości i nie wytrzyma jeszcze jednej opowieści z minionych czasów, przeszedł do meritum.
- Mam glejt, który upoważniłby cię do wejścia do miasta. Jest na okaziciela. Nie martw się o nic, nie przejdziesz nawet odprawy celnej. Dzieciaka wystarczy na chwilę schować. Zobaczysz, nie sprawią ci żadnych problemów.
- Brzmi to dość niewiarygodnie… Co będzie z tobą? Jak ty się dostaniesz do miasta? - spytała podejrzliwe.
- Strażnicy mnie znają, powiem im po prostu, że zgubiłem swój glejt.
- Musi być w tym jakiś haczyk. - nie dawała za wygraną.
- Nie ma żadnego haczyka, będziesz mi jedynie winna przysługę.
- Chyba nie mam wyboru…
- Proszę, weź go. Od razu wiedziałem, że uda nam się ubić interes. Do zobaczenia w środku.
Marlena nie wiedziała, czy zrobiła dobrze, ale liczyła, że w ostateczności będzie w stanie wykiwać starca. Przygotowała się i ruszyła w stronę miasta. Zrobiła dokładnie jak jej polecił i wkrótce stanęła po drugiej stronie bramy, zostawiając za sobą resztę uchodźców, którzy w większości nie będą mieć tyle szczęścia.
Marlena zdążyła się zadomowić w mieście. Znalazła sobie skromną klitkę za której wynajęcie płaciła grosze i zatrudniła się w roli konserwatorki powierzchni płaskich. Jej życie zaczęło się powoli układać. Nie mogła w to uwierzyć i sądziła, że doszczętnie już zwariowała. Trudno uwierzyć, jak przypadkowe spotkania odmieniają nasze życie.
Pewnego dnia ktoś zapukał do drzwi jej mieszkania. To mógł być każdy, ale przeczuwała, że nieznajomym jest ów Roch, który poprosi ją o zwrócenie długu. Bała się. Serce jej kołatało i przeczuwała, że wydarzy się coś niedobrego. Wyjrzała przez wizjer i zobaczyła go. Wyglądał gorzej niż kiedy pierwszy raz się spotkali. Twarz miał jakąś wykrzywioną, złowrogą. Mimo swoich obaw otworzyła mu drzwi. Czuła, że ponownie nie ma większego wyboru.
- Oto jestem. Darujmy sobie uprzejmości Marleno, nie musisz mnie częstować wodą lub herbatą. Jestem tu tylko w jednym celu. Przyszedłem odebrać co moje. Nie zapomniałem o twoim długu i mam nadzieję, że ty też nie.
- Nie, oczywiście, że pamiętam. Czego chcesz?
- Widzisz Marleno, świat jest okrutnym miejscem. Naszą cywilizację w przeszłości dręczyły straszliwe klęski żywiołowe, które wreszcie położyły jej kres. Pewnie nie znasz tamtych czasów, ale ja je przeżyłem. Widziałem upadek. Kiedy na ulicach ludzi dziesiątkowała szalejąca zaraza, topniały lodowce, a wreszcie doświadczyliśmy erupcji superwulkanu. Nie możemy pozwolić, żeby się to powtórzyło, dlatego też wypatruję osób takich jak ty Marleno. Potrzebuję twojego dziecka.
- Co? - myśl o oddaniu temu starcowi niemowlaka zmroziła jej krew w żyłach.
- Posłuchaj, tobie też to pomoże. Mam środki, żeby się wszystkim zająć. Twoje dziecko będzie nadczłowiekiem. Wkrótce tylko tacy jak ono przetrwają. Entropia nie zwalnia, a jedynie przyśpiesza! Ty natomiast wreszcie będziesz mogła zająć się prawdziwie sobą, zacząć nowe życie. Wszyscy zyskują! Ja, ty, dziecko, całe społeczeństwo!
- Jesteś szalony! Nie, nie pozwolę! - wrzasnęła i rozpaczliwe zasłoniła ciałem wejście.
- Hmm… Tak myślałem, że możesz się stawiać, ale miałem nadzieję, że będziesz rozsądna. Cóż, załatwimy to trudniejszym sposobem. - rzekł i odwracając się w stronę schodów krzyknął. - Mieszko, chodź tu! Pani potrzebuje odrobiny perswazji…
Natychmiast po schodach wdrapał się olbrzym. Przypominał masywnego, dwumetrowego kloca, obdarzonego ludzkimi członkami. Jego małe świńskie oczka bezmyślnie podążały wzrokiem za Rochem. Kiedy tylko dotarł do mieszkania schylił się i wtargnął do środka. Marlena chciała zatrzasnąć mu drzwi przed nosem, ale było już za późno. Nic sobie nie robił z jej ataków. Kopała go, gryzła i wierzgała na wszystkie strony, a on i tak mocno trzymał ją przy ścianie jakby nie czuł bólu. Marlena pomyślała, że może tak właśnie wyglądają „nadludzie” w chorej wyobraźni Rocha i poczęła walczyć ze zdwojoną siłą, lecz wszystko na próżno. Nie miała szansy z tą kupą mięcha.
Roch wykorzystał okazję i szybko wszedł do środka, mijając swojego osiłka, żeby znaleźć niemowlę. Wkrótce dotarł do kołyski, gdzie niewielkie, dziecięce ciałko spoczywało pod puchową pierzyną. Ostrożnie chwycił je na ręce, lecz wnet zdębiał i przyjrzał mu się uważnie.
- Nie, to niemożliwe. - mówiąc naciskając na dziecięcy brzuszek. - Ty… ty wariatko!
W pomieszczeniu rozległ się płacz, przypominający trochę chichot hieny. Szlochała Marlena, wciąż przytrzymywana przez tytaniczne mięśnie Mieszka. Roch zaś stał osłupiały. Liczył, że dokonał kolejnego interesu, który wzmocni jego inicjatywę, lecz bardzo się pomylił. Nie wziął najwyraźniej pod uwagę, że apokalipsa zrodziła więcej szaleńców o różnych natężaniach wariactw. Dzierżył bowiem w ręce plastikową lalkę imitującą bobasa, a nie prawdziwe dziecko. Wściekł się srogo i ścisnął zabawkę mocniej, a następnie oderwał jej głowę. Wysoki, piskliwy wrzask nibymatki słyszany był w całym budynku.

środa, 11 marca 2020

Masło pomidorowe

Tnie się... komputer.

Wiesza się... router.

Duszą... ziemniaki.

Strzelają... dzieciaki.

Staje mi... zegar.

Ja tylko... umieram...