środa, 9 października 2019

Impulsywna recenzja "Jokera"

Dzisiaj - dziewiątego października o godzinie osiemnastej - udałem się z przyjaciółmi na seans "Jokera". Film okazał się fenomenalny i w skrócie postaram się opisać, co najbardziej mnie w nim porwało, starając nie zdradzić się zbyt wiele, gdyż to jeden z tych filmów, które najlepiej samemu obejrzeć. Jest wyjątkowy, wybitny. Zaliczam go już teraz do grona moich ulubionych filmów, a nie jestem pewien, czy nie określiłbym go nawet mianem filmu dekady.
Todd Philips jest reżyserem i jednym ze scenarzystów "Jokera". Po człowieku słynącym głównie z komedii takich jak "Kac Vegas", ciężko oczekiwać mrocznej, przepełnionej bolesną prawdą tragedii. Jak pokazuje praktyka, skreślanie filmu z tego powodu okazałoby się straszliwym błędem i przeoczeniem wyjątkowego, porywającego dzieła, które cały czas utrzymuje widza w napięciu, pokazując mu niepowtarzalne doświadczenie Gotham od strony zwykłego obywatela. Joker grany przez Joaquina Phoenixa jest postacią w całości fenomenalną. Nie ma nawet jednej rzeczy, którą uważam, że należałoby zmienić, jeśli chodzi o sposób w jaki został przedstawiony. Urok tej postaci zapewnia mu także gra aktorska na bardzo wysokim poziomie. Joaquin nie jest szczególnie rozpoznawalnym aktorem i oby się to prędko zmieniło! Potrafił przelać w tę postać duszę, uczynić ją wyjątkową i jedyną w swoim rodzaju. Trudno stwierdzić, czy istniał jakiś lepszy wybór, a można nawet założyć, że zawsze jest lepsza opcja, lecz w tym wypadku Joaquin znajduje się bardzo blisko nieosiągalnej perfekcji. Nie zamieniłbym tego aktora na żadnego innego. Poza Joaquinem wszyscy aktorzy grają na bardzo przyzwoitym poziomie, chociaż nie odgrywają tak wielkiej roli, dlatego mniej zapadają w pamięć. Całe dzieło poświęcone jest Jokerowi oraz jego rzeczywistości, niezrozumiałej dla jego otoczenia. Narzekać można jedynie na aktorów dziecięcych, lecz uważam, że z racji ich młodego wieku, nie należy ich za to winić. Starali się z pewnością jak mogli, a nikt nie rodzi się ideałem. Warto też zaznaczyć, że muzyka oraz efekty dźwiękowe są doskonale dopasowane do każdej sceny. Oglądając ten film ma się poczucie, że wszystko genialnie ze sobą współgra. Jest bardzo dynamiczny, a żadna scena nie wydaje się niepotrzebna lub wrzucona do filmu na siłę. Znaczenie tych drobnych, pozornie ważkich szczególików okazuje się kluczowy do zrozumienia całego, większego obrazu.
Joker jest filmem o dziwaku. Człowieku skrzywdzonym przez życie, samotniku odizolowanym od społeczeństwa. Arthur Fleck (tak nazywa się bohater, zanim decyduje się przyjąć miano Jokera) jest człowiekiem, któremu całe życie przydarzają się same nieszczęścia. Wychowuje go samotna matka, ukrywająca przed nim mroczny sekret, który może wywrócić jego życie do góry nogami. Pracuje jako klaun, a jego współpracownicy są również osobami z problemami, co można zauważyć na pierwszy rzut oka, lecz nawet w tej pokracznej bandzie znajduje się na uboczu. Jest osobą, które całe życie znosiła ból, cierpienie, pozwalała sobie pomiatać, lecz nie zamierza znosić dłużej upokorzeń i z biegiem czasu staje się Jokerem. Pomimo, że skazany jest na porażkę, decyduje się na podjęcie walki z największym ze swoich wrogów - społeczeństwem. Ma dość dyktowania mu zasad i gotowy jest zrobić wszystko, żeby wreszcie stać się kimś, by ludzie go docenili. Nikt nie chce całe życie tkwić w jednym miejscu, a szczególnie nie Joker przekonany z początku o tragiczności swojej sytuacji, aż pogrąża się w egzystencjalnym nihilizmie, stwierdzając upadek ludzkiej moralności. Niczym kontynuator tradycji Stańczyka, on - klaun, ofiara żartów i prześladowań, ma odwagę pouczać ludzi, którzy skazują innych oraz siebie samych na tkwienie w piekle jakim jest Gotham, reprezentującym wielkie, amerykańskie miasto w stanie rozkładu. Oglądając ten film trudno mieć pewność, co właściwie jest prawdą, a co nie. Tym większy zachwyt odczuwamy na koniec, gdy dostrzegając wszystkie detale i łącząc je w całość, jesteśmy w stanie stwierdzić, jak bardzo pogmatwany jest umysł Jokera. Koniec końców Arthur Fleck chciał tylko jednego, być szczęśliwy.
To nieistotny szczegół, ale Joker ma bardzo podobny gust muzyczny do mojego. Piosenka bliska mojemu sercu pojawiła się w nim chyba czterokrotnie (jeśli dobrze liczyłem). Odnośnik znajdziecie na dole, gdyż jest ona po prostu wspaniała i mam nadzieję, że powszechnie znana, ale chętnie się nią podzielę dla tych, którzy nie są z nią zaznajomieni.
Każdego kto nie widział, bardzo gorąco zachęcam, a osoby zaznajomione z tym arcydziełem zapraszam do podzielenia się swoimi uwagami. Film wam się podobał, a może macie zupełnie odmienne zdanie? Co najbardziej zapadło wam w pamięć? Nie zapomnijcie mi dać znać w komentarzu na blogu lub moim koncie na Facebooku (Niedźwiedź bipolarny).


wtorek, 1 października 2019

Publiczna służba zdrowia

- Następny proszę! - zakrzyknął lekarz donośnym basem ze swojego gabinetu.
Rodowski podniósł się niezgrabnie z krzesła. Poza tym, że niedawno wszedł w jesień życia, doskwierała mu ciężka kontuzja, której dorobił się podczas wojny. Gdyby nie rozmaite maści i środki przeciwbólowe, nie byłby w stanie wstać z łóżka. Nawet najmniejszy skurcz mięśni, ruch stawu skutkował cierpieniem. W takich momentach zagryzał wargi, pocił się i z trudnością powstrzymywał płacz. Nie był przyzwyczajony do okazywania słabości. Całe szczęście przed przybyciem do szpitala, pochłonął końskie dawki leków przeciwbólowych i teraz nie czuł już właściwie niczego, nawet swoich własnych palców.
Wszedł powoli do środka i niezgrabnie wgramolił się na stojące w pomieszczeniu szpitalne łóżko. Nigdy nie lubił wizyt w gabinecie. Wszystko w nich świeciło nienaturalną bielą. Dziwne, rozmieszczone po całym pokoju przyrządy. Przygnębiający minimalizm. Wystrój przypominający więzienną celę. Niczemu tutaj nie ufał, nawet kranom. Szpitale kojarzyły mu się z chorobą i umieraniem, bardziej niż ze zdrowiem, i życiem. Kto wie, jaka woda przepływa tymi rurami i czy ta ciecz to faktycznie jedynie niegroźna woda? Wszystko tu wydawało się przesiąknięte jakąś nieokreśloną zarazą, zakorzenioną w każdej płytce i cegle. Wolał niczego nie tykać. Kto wie, czy nie złapie tu jakiegoś paskudztwa. Jakby nie miał dość problemów z toczącymi go chorobami.
- Panie doktorze.
- Słucham?
Przy biurku siedział siwy mężczyzna, starszy jeszcze od Rodowskiego i wpatrywał się w ekran komputerowy, poprawiając swoje przedpotopowe binokle. Nie zwracał uwagi na pacjenta. Zbyt zajęty był papierkową robotą. Czy kolumna piąta zgadza się z dziewiętnastą? Zastosował poprawną komendę? Poza tym nie może zapomnieć, że każdy dokument należy zapisywać w trzech rozszerzeniach: .xslm, .pdf, .txt. Pisanie na komputerze nie wydawało mu się nawet najgorsze, chociaż każdy przycisk naciskał powoli i ze skupieniem godnym turniejowego szachisty, przez co pacjentom zdawało się, że każda wizyta trwa tutaj wieki. Znacznie bardziej przeszkadzał mu niedobór kofeiny. Na cały dzień pracy musiał starczyć mu jeden czajnik do zaparzenia herbaty lub kawy. Najgorsze, że czajnik był bardzo mały i nie mógł wlać do niego zbyt wiele wody, którą przynosił ze swojego domu. On także czuł, że coś jest nie tak z tutejszymi rurami i ta pożółkła, mętna ciecz, nadaje się być może do opłukiwania narzędzi, ale z pewnością nie jego herbaty.
- Nie chcę brać już tych leków. - oznajmił Rodowski.
- Których? - zapytał lekarz, który miał prawo nie wiedzieć, o jaki specyfik mu chodzi, w końcu oboje wiedzieli, że recepty otrzymywane przez Rodowskiego były dłuższe od listy zakupów.
- Tych „szczęśliwych pigułek”. Wie pan, o które mi chodzi.
- Delikwent pragnie być hoży, więc imperatywem powinno być dla delikwenta przyjmowanie zaordynowanych mu specyfików.
Wszystko w lekarzu było archaiczne. Wygląd, zachowanie, nawet sposób mówienia. Jakby roztaczał wokół siebie magiczną aurę, która wszystko, co znajdzie się w jej obrębie, cofała wstecz przynajmniej o kilka dekad. Rodowski nie mógł tego stwierdzić z pewnością, ale nie zdziwiłby się, gdyby lekarz posiadał moc podobną do dotyku Midasa. Poza tym jak inaczej można wyjaśnić, że jego okulary wyglądały, jakby pochodziły z epoki kolonialnej? Pewnie pewnego dnia trafił do sklepu okulistycznego, przymierzył pierwszą parę i zamienił je samym tylko dotykiem w dziewiętnastowieczne binokle. Nieszczęsny właściciel musiał zażądać od niego natychmiastowego zakupu i opuszczenia sklepu, bo kto inny mógłby nosić na nosie równie stary, pordzewiały kawałek metalu?
- Kiedy ja się nawet gorzej po nich czuję. Mam wrażenie, że leki się mieszają i całymi dniami czuję się chory.
- Delikwent w takim razie niech ich nie miesza. Azaliż rzekłem, używek basta…
- Kiedy ja żadnych nie biorę! - wtrącił Rodowski.
- Zamilcz! Niech delikwent nie miesza, to nie będzie odczuwać nudności.
- Wiem, że doktor mówił, kiedy brać i które…
- Ale nie usłuchałeś?
- Właśnie starałem się, ale doba ma tylko dwadzieścia cztery godziny, a więc branie tych leków jest awykonalne, bo one są przeznaczone na co najmniej dwadzieścia dziewięć. Nawet jakbym nie spał, żeby brać leki o wskazanej porze, to skąd ja wyczaruję dodatkowe pięć godzin?
- Delikwent Rodowski ciągle tylko narzeka. Wasze warcholstwo przekonuje mnie, iż być może wcale nie pożądacie być hoży?
- „Chorzy” czy „hoży”? - zapytał zdezorientowany Rodowski.
- No przecież mówię! - zdenerwował się lekarz. - „Hoży”, samo „h” i „ż” z kropką.
- Może są jakieś inne metody? Ja chcę być zdrowy.
- Delikwent lęka się lobotomii i zapiera przed elektrowstrząsami, to co konsyliarz taki jak ja może jeszcze uczynić?
Rodowski wzruszył ramionami. Nie miał pojęcia. Poza tym, że bardzo lękał się tak drastycznych zabiegów, nie chciał urazić lekarza. Nie ze względu na swoją sympatię, po prostu miał pewność, że nie znajdzie lepszego, jeżeli w ogóle trafi na jakiegoś z wolnymi terminami.
- Zdaję się na doktora, ale może jest jakaś alternatywa?
- Delikwent ma słuszność. Uczynię delikwenta hożym, choćbym zmuszony był wstąpić do piekieł!
- Może po prostu przyjdę innego dnia… - Rodowski wstał i chciał się powoli wycofać.
- Jakiż termin delikwent posiadał?
- Trzynasta trzydzieści siedem.
- Na tę chwilę jest zaś?
- Dwudziesta pierwsza trzydzieści siedem, co z tego?
- Azaliż nie dostrzega delikwent, iż oczekiwanie trwało około ośmiu godzin? Jakże tak opuszczać publiczny lazaret bez preskrypcji?
- Właściwie to krócej, bo jestem przyzwyczajony do tych opóźnień. Zdążyłem przynajmniej ugotować obiad, odwiedzić wnuki, ułożyć puzzle.. Natomiast doktor wydaje się dziś jakiś nie w sosie. Chyba przydałoby się doktorowi wypocząć. Te podkrążone oczy i zmęczenie wypisane na twarzy...
- Nonsens! Poczuwam się w pełni mych sił witalnych! - lekarz oburzył się.
- To niech mi doktor coś wreszcie zapisze. Dziś znowu prozac, xanax i…
- Nie, bynajmniej. Muszę powołać się na wyższą instancję! Delikwent Rodowski otrzyma specjalne skierowanie. - odrzekł doktor i zaczął coś zapisywać.
- Co to? - zapytał Rodowski odbierając kartkę.
- Skierowanie na amputację.
- Czego? Kończyn? Aż tak źle się nie czuję…
- Nie, bynajmniej. Delikwent niechże się nie obawia. To wyłącznie amputacja głowy.
- Ach, skoro tak, to dziękuję. Doktorze, mogę zadać jeszcze jedno pytanie?
- Naturalnie.
- Czemu w terminach znajduje się zawsze siódemka na końcu?
- Otóż to kawał akademicki, związany z liczbami pierwszymi. Delikwent pragnie usłyszeć?
- Długi?
- Nie, bynajmniej. Zapisaliśmy go ongiś, to jedynie siedem stron formatu A4.
- To nie, dziękuję za skierowanie. Do widzenia.
- Bywaj! - odkrzyknął lekarz i nie czekając nawet chwili wydarł się. - Następny!
Rodowski wyszedł pośpiesznie z budynku i był ogromnie zadowolony. Wreszcie nie będzie odczuwał tych paskudnych nudności. Może nawet pierwszy raz od dawna porządnie się wyśpi. Była to prawdopodobnie najkrótsza wizyta u lekarza, jaką dotychczas miał nieprzyjemność odbyć. Spojrzał teraz na skierowanie i załamał się. Dziś czternasty sierpnia dwa tysiące ósmego roku. Zabieg zaś odbyć miał się szesnastego sierpnia, ale dopiero dwa tysiące sto osiemnastego roku.
Zły na siebie, doktora i służbę zdrowia chciał wyjść na ulicę, lecz w korytarzu zatrzymał go piegowaty młodzieniec.
- Przepraszam pana. - zaczął, drżąc jak osika. - To gabinet jakiego lekarza?
- Ten? - Rodowski odwrócił głowę i wskazał w stronę pokoju, z którego niedawno wyszedł.
- Tak.
- Ornitologa.
Rodowski podszedł z chłopakiem do drzwi gabinetu. Wskazał na wiszącą nad drzwiami srebrną tabliczkę, gdzie napisano „Lekarz medycyny. Specjalista ornitologii”. Obok tego widniało jakieś zamazane nazwisko, które być może należało do doktora, lecz wytarło się dawno temu.
- Ornitologa? Czym się zajmuje?
- Nie wiem, nikt nigdy mi nie powiedział, ale słyszałem, że to chyba lekarz od zębów lub kręgosłupa. Rząd nie ma pieniędzy na zatrudnianie innych lekarzy. Zostali ornitolodzy, mikologowie, sowietologowie i paru innych... To podobno bardziej opłacalne, ale bez obaw, skończył kurs internetowy. Na którą godzinę masz wizytę chłopcze?
- Dwudziestą drugą trzydzieści siedem.
- W takim razie powodzenia. - odparł Rodowski przekonany, że chłopak nigdy nie wejdzie do środka.

czwartek, 19 września 2019

Pobudka zimowa Niedźwisia

Gdziedy siedziałem na swoim biurzyśle,
Wpatrzony w lenopa, w celu wytępinacji smulu,
Zrozująłem, że to stanowi isturę całej problemacji!
Bezruchowy siad w niedużym więzioju.

Dopiedy naszła mnie ta myślizacja,
Natrenowałem się być pracuktywny,
Chociaż nadal zazwyczęsto używam lenopa,
Służy jedyłącznie jako pomocorzędzie.

Teraz zazwyczęsto tworzukuję,
Regularnie wyspacerowuję godziny,
Czaskiedy zlenię się trochę,
Lecz codziennie coś nauczytam.

Me pragnierzenie prześć nawciąż do przodu.
Przedjutro jest lepsze niż przeddziś.
Gdy rozłatwię ostatniałą problemację,
Zaczędę bycie radośliwym Niedźwisiem.


wtorek, 27 sierpnia 2019

Miodowe piwo

Byłeś niczym miodowe piwo.
Słodko-gorzka sensacja na języku.
Nikt nie wie, czemu mi to smakuje.
Nie ma w tobie pozornie nic wyjątkowego.

Polecałem cię chętnie kumplowi,
Lecz ten twojego smaku się brzydzi.
Chętniej zwymiotuje, niż cię wypije,
Czy tylko ja cię mogę zrozumieć?

Długo myślałem nad tym samotnie.
Sprawiasz, że dziwnie się zawsze czuję,
Jakbym wypił trochę za dużo.
Potrzebuję twojej obecności.

Jesteś jak wspomnienie z mego dzieciństwa,
Chociaż nie pamiętam z niego zbyt wiele.
Wydaję mi się takie okropne,
A jednak tęsknię za nim tak bardzo.

Dałeś mi to, czego potrzebowałem.
Trochę bólu i przyjemności.
Została mi po tobie tylko pusta butelka,
Boląca głowa, złamane serce.

Ciągle bym pił cię, ale nie mogę.
Wycofali cię z mojego sklepu.
Jedyne, co zostało mi na pocieszenie,
To dosłownie prawdziwe, miodowe piwo.


How to Brew Beer With Honey :: Kegerator.com

czwartek, 15 sierpnia 2019

Sztuka współczesna

Współczesna sztuka to nic innego jak bełkot pijaka,
Którego umysł wokół różnych bzdur lata.

Zatrzymuje się w miejscu tylko na chwilę,
Poczytalność zaś w ciemności się kryje.

Swoje chore pasje zamienia w materię,
A patrzenie na to sprawia, że cierpię.

Nie chcę, by spotkał go paskudny koniec,
Nawet jeśli historia musi tam go ponieść.

Kontakt z drugim człowiekiem powoli umyka,
Łatwiej znosić towarzystwo niemego krytyka.

Wiem o tym dość dobrze, a przeto,
Że sam jestem nietrzeźwym poetą.



środa, 24 lipca 2019

Muzyka - balsam dla duszy, szczególnie w tak przygnębiające lato

Znacie to paskudne uczucie, kiedy jest wam wyjątkowo smutno, a gorycz wydaje się wypełniać całe wasze serce? Nie wiem, czy poznałem kiedykolwiek okrutniejszą torturę. Orwell twierdził, że nie ma nic gorszego od bólu fizycznego. Według niego był to bodziec zdolny do złamania jakiegokolwiek uczucia. Miłość, przyjaźń, lojalność... te cnoty traciły na znaczeniu, gdy człowiek znajdował się na granicy przetrwania. Być może faktycznie ludzki instynkt stara się nas tak obronić, a zdrowi, normalni ludzie nie zatruwają się swoimi myślami, kiedy znajdują się w sytuacji zagrożenia życia. Nigdy jednak nie byłem normalny, więc raczej trudno mi się o tym wypowiedzieć. Polemizowałbym jednak z tą tezą, moim zdaniem to co siedzi w naszym środku, jest silniejsze od czegokolwiek, co możemy poczuć fizycznie, a miałem okazję doświadczyć bardzo różnych rodzajów rozkoszy i bólu, chociaż zawsze staram się dostarczać ciału nowych bodźców. Chyba czyni to mnie empirystą, nawet jeżeli zlęknionym, niezdolnym niekiedy wyciągnąć rękę po coś, czego pragnie. Nie chcę jednak dywagować dłużej na tematy z zakresu etyki oraz filozofii. Po prostu chciałem powiedzieć, że nie ma nic paskudniejszego, niż kiedy zalewa cię fala rozpaczy. Bliscy, znajomi, krewni mówią nam wtedy, że to minie. Ogarnięty tą nieszczęsną nadzieją czekasz tydzień, miesiąc, pół roku... nic się nie zmienia. Czujesz tę samą, przerażającą pustkę, ale uczysz się z nią żyć. Balsamem na twoją duszę zostają drobne przyjemności, a moim zdaniem nic nie stanowi lepszej mirry od słuchania muzyki zgodnej z bieżącym nastrojem. Dlatego dziś chcę podać bardzo subiektywny, zrobiony pospiesznie ranking autorów, którzy wykonywali muzykę, od której robię się cały "niebieski". Lista jest krótka, ale postaram się podać kilka informacji o tym, kim jest dany wykonawca, co podoba mi się w jego utworach, a także znajdziecie odnośniki do dwóch piosenek danego twórcy, które jednocześnie kocham i nienawidzę.

Kortez:
Postanowiłem zacząć od czegoś rodzimego. Łukasz Federkiewicz aka Kortez jest polskim muzykiem. Uczył rytmiki w przedszkolu, lecz po narodzinach swojego syna zaczął ciężko pracować fizycznie. Jego kariera jest właściwie stosunkowo nowa, gdyż chociaż odnosi różne sukcesy, tak naprawdę dopiero od kilku lat może pochwalić się większymi osiągnięciami, przynajmniej jeżeli chodzi o branżę muzyczną. Zazwyczaj nie jestem fanem nowej, polskiej muzyki, nie licząc kilku wyjątków, między innymi artystów tworzących muzykę słowiańską. Jego utwór miałem pierwszy raz okazję usłyszeć dopiero w radiu samochodowym, kiedy wracałem z wizyty u babci. Poruszył mnie, chociaż nie mogłem zbyt wyraźnie wsłuchać się w słowa, dźwięk był przytłumiony i zniekształcony, zagłuszał go wszechobecny szum. Zaraz po powrocie do domu wyszukałem ten utwór w internecie i byłem pozytywnie zaskoczony twórczością pana Łukasza.

Johnny Cash:
Sądzę, że większości artystów nie będę musiał przedstawiać, a szczególnie taką gwiazdę jaką jest moim zdaniem Johnny Cash. Jednak dla formalności nadmienię, iż jest to amerykański muzyk i aktor. Odznaczony został Narodowym Medalem Sztuki, który nadawany jest artystom i mecenasom sztuki od 1984 roku. Ciekawostkę stanowi, że pierwowzorem tego medalu było odznaczenie nadane przez Ronalda Reagana artystom i mecenasom sztuki, wskazanym przez Prezydencką Komisję ds. Sztuki i Humanistyki. Otrzymał go wówczas między innymi nasz słynny, polski poeta - Czesław Miłosz (chyba jestem skazany na bycie tym "gorszym" Miłoszem). Cash obok tradycyjnej muzyki country, ballady kowbojskiej i stylu country pop wykonywał także muzykę zbliżoną do gospel, spirituals, rockabilly, rock chrześcijański, southern blues i rock and roll. Zwany był też "człowiekiem w czerni" (Man in Black), ze względu na kolor ubrań, który nosił, będący znakiem sprzeciwu wobec nierówności społecznych. John Cash śpiewający barytonem, przy akompaniamencie gitary lub małego zespołu instrumentalnego nagrał setki ballad i piosenek, które na trwałe weszły do kanonu gatunku. Wymienienie wszystkich jego ikonicznych utworów zajęłoby dużo czasu, a chociaż sam osobiście jestem wielkim fanem "Ring of Fire" oraz "I Walk the Line", postanowiłem podać te bardziej pesymistyczne piosenki, gdyż z przyczyn prywatnych specjalnie nie robię z tego listy "najlepszych piosenek o miłości". Jeżeli wy, moje kochane ptaszęta macie obecnie jakąś ważną dla was, specjalną osobę, polecam wam przesłuchanie paru piosenek Johnnego Casha lub innych autorów, których jeszcze podam, a następnie wysłanie tego waszej drugiej połowie. Ja mogę wam zaoferować jedynie gorzką herbatę zaparzaną z mych łez. Trudno opisać mi, czemu utwory Casha przynoszą mi taką nostalgię, najlepiej sami się przekonajcie, po to w końcu daję wam odnośniki.

The Ink Spots:
Wydawało wam się, że Johnny Cash będzie najstarszym z podanych przeze mnie autorów? Nic bardziej mylnego! Tym razem zamiast pojedynczej osoby pragnę wyróżnić cały zespół. The Ink Spot to popularny w Stanach Zjednoczonych w latach 30. XX wieku zespół muzyczny składający się z czarnoskórych muzyków. Ich utwory były wykorzystywane niejednokrotnie w popkulturze, mogliście słyszeć je w grach z serii Fallout, BioShocku oraz filmie "Skazani na Shawshank". Wszystkie ich piosenki pasują idealnie do bluesa tamtych czasów, pokazują niejako utrzymujące się wówczas trendy, gdzie muzyka bardziej skupiała się na emocjach i nieszczęśliwej miłości. Ich słowa głęboko dotykają mej duszy, wkradając się w każdy jej zakamarek. Słuchając ich utworów, mam wrażenie, jakby ktoś ułożył piosenkę z mych myśli, wspomnień i trosk, a słuchanie tego wywołuje swoiste katharsis. Każdego, kto nie interesuje się szczególnie muzyką pierwszej połowy XX wieku, serdecznie zachęcam, żeby dał tym panom szansę.

Myslovitz:
Żeby nie zanudzać was za bardzo przeszłością, postanowiłem zrobić skok do czegoś bardziej współczesnego. Jest to zespół, który słucham od dawna i którego mój ex strasznie nie lubił. Wiem, że to smutasy, ale chyba właśnie to kocham w ich muzyce! Jest to polski zespół rockowy, założony w 1992 roku w Mysłowicach (wow, wielka niespodzianka) przez Artura Rojka, Wojciecha Powagę, Jacka Kuderskiego oraz Wojciecha Kuderskiego. Zespół wyprodukował masę świetnych kawałków. Niestety w 2012 roku miał miejsce taki mały koniec świata, bo Rojek odszedł z zespołu, Myslovitz przygarnął nowego wokalistę, a Artur zapowiedział solową karierę. Moim zdaniem obie strony bardzo na tym ucierpiały i sorry, ale ich muzyka zaczęła mi śmierdzieć. Nie mogę powiedzieć, by wszystkie nowe kawałki były złe, ale z pewnością nie należą do moich ulubionych. Teraz natomiast czas na naszą dzienną dawkę melancholii.
Odnośnik 7
Odnośnik 8

Jacek Kaczmarski:
Wyobrażaliście sobie mój ranking bez czołowego, polskiego barda? Właściwie do tej kategorii mógłbym zaliczyć całe trio. Gintrowski również miał wiele świetnych utworów, chociażby "Ja". O Kaczmarskim można powiedzieć wiele złych rzeczy. Alkoholik, damski bokser, dziwak, szur... Być może właśnie przez liczne swoje wady zawsze wydawał mi się prawdziwym człowiekiem. Mówienie o Kaczmarskim czegoś więcej, sprowadziłoby się do zwykłego pieprzenia. Wielokrotnie miałem okazję powiedzieć, co myślę o nim oraz jego twórczości. Chociaż ostatnio słucham go trochę rzadziej, nadal ma zagwarantowane specjalne miejsce w moim serduszku.
Odnośnik 9
Odnośnik 10

Grzegorz Turnau
Jeżeli nie zauważyliście, kolejność jest absolutnie losowa. Fakt, że dany autor znajduje się na początku lub końcu nie świadczy o jego jakości. Grzegorz Turnau stworzył swój własny styl muzyczny, czasami nawiązujący do muzyki jazzowej, smooth jazzowej, także do dokonań Marka Grechuty i Jana Kantego Pawluśkiewicza. Podczas większości koncertów główne miejsce wśród instrumentów zajmuje fortepian, na którym gra sam Turnau. Jest laureatem licznych nagród. Jest to jeden z moich ulubionych współczesnych, polskich muzyków. Może nie mam muzycznego ucha, ale dla mnie to prawdziwy wirtuoz. Zrobił też moją ulubioną smutną piosenkę, koniecznie zajrzyjcie na 11 odnośnik ;)
Odnośnik 12

Billy Raffoul
To współczesny, kanadyjski muzyk. Nie posiadam o nim zbyt wiele wiadomości. Jest jeszcze młody, jego kariera jako muzyk Indie z pewnością wciąż się rozwija. Ma bardzo ciekawy głos, niekoniecznie określiłbym jako piękny, ale właśnie ta specyfika w jego brzmieniu nadaje mu oryginalności.

The Correspondents
Brytyjska grupa muzyczna, której wokalistą jest pan Bruce, którego styl uważam za po prostu genialny. To kolejny bardziej współczesny zespół na mojej liście. Szkoda, że wokalista ściął się na łyso, jednak ich muzyka jest wciąż świetna, pomimo posiadanych ubytków w owłosieniu na głowie. Zdobyli reputację na scenie electro swing zarówno ze względu na ich energetyczny styl muzyczny - mieszankę jazzu i swinga z początku XX wieku, z nowoczesnym electro i drum'n'bass - i dla ekstrawaganckiej obecności scenicznej pana Bruce'a. Zostali opisani jako „królowie hip-hopowej huśtawki”, „błyskotliwi i śmieszni w chwalebnie równych środkach”.
Odnośnik 15

Elvis Presley
Tego pana nie trzeba nikomu przedstawiać. Jedna z ważniejszych ikon popkultury XX wieku, znany powszechnie jako Elvis, często nazywany „Królem Rock and Rolla” lub po prostu „Królem”. Wykonywał muzykę z pogranicza takich gatunków jak między innymi: rock, pop, country, rock and roll, czy rockabilly. Szacowany nakład ze sprzedaży wszystkich wydawnictw muzycznych Presleya na całym świecie sięgnął ponad 600 milionów płyt. Został określony przez magazyn Billboard najlepszym artystą lat pięćdziesiątych. Po śmierci został pożegnany przez prezydenta Stanów Zjednoczonych Jimmy’ego Cartera słowami: „Jego muzyka, jego osobowość zmieniły oblicze amerykańskiej kultury. Elvis Presley był symbolem buntowniczego ducha naszego narodu”. Poza tym Odnośnik 17 to rel... 18 też.

The Beatles
Skoro już mowa o latach 50 i Presleyu... Naturalną ewolucję stanowi przejście do Beatlesów i ich genialnej muzyki. Jeszcze raz powtórzę, że kolejność jest losowa... chociaż uważam, że kończymy petardą. Beatlesi wywodzą się z zespołu The Quarrymen, w którym występowali Lennon, McCartney i Harrison. Zespół spędził pierwszą połowę lat 60., wydając kolejne bestsellerowe albumy i intensywnie występując na całym świecie. W 1965 roku grupa ustanowiła rekord liczby publiczności podczas jednego koncertu w dotychczasowej historii. W tym samym roku zespół zaczął odchodzić od dotychczasowej, rock and rollowej stylistyki, wprowadzając do swojej muzyki coraz liczniejsze eksperymenty, sięgając po różnorodne gatunki muzyczne (od popu, przez rock psychodeliczny i hard rock, po muzykę indyjską) oraz korzystając z rzadkich instrumentów. Możemy śmiało powiedzieć, że Beatlesi zdefiniowali swoje czasy.
Odnośnik 20

Na razie to tyle, ale nie wykluczam, że lista zostanie przeze mnie poszerzona. Jest wielu artystów, których nazwiska po prostu wyleciały mi z głowy. Macie jakieś własne ulubione, smutne utwory? Podzielcie się w komentarzu, zawsze gotowy jestem przesłuchać czegoś nowego ;)

niedziela, 7 lipca 2019

Marsz Równości, Poznań 2019 i ja

Wczoraj, 6 lipca 2019 roku wziąłem udział w poznańskim Marszu Równości. Nie była to pierwsza manifestacja w której brałem udział. Jako osoba, która stara się powoli coraz bardziej być politycznie i społecznie aktywna, pomimo przytłaczającej wręcz fobii społecznej, jestem z siebie całkiem dumny. Wcześniej brałem udział w Młodzieżowym Strajku Klimatycznym oraz proteście przeciwko "ACTA 2". Tym samym poczułem się prawdziwym liberałem, gdyż dane mi było reprezentować zarówno lewe i prawe skrzydło, a moje poglądy niestety nie mają odzwierciedlenia w żadnej z istniejących, politycznych partii. To uczucie rozdarcia pomiędzy dwiema osiami lub ćwiartkami politycznego kwadratu (zawsze wychodzi mi idealnie linia pomiędzy zieloną, a fioletową ćwiartką) bywa niekiedy trudne. Gdyż jak mam poprawnie wyłożyć komuś swe rację, żyjąc w świecie, gdzie prawica kojarzy się tylko z ksenofobią, niewolnictwem i brakiem empatii, a lewica z komunizmem, podatkami i degeneracją? Nawet użycie pojęcia centrum wydaję mi się często niezbyt trafne, bo centrystą można nazwać chociażby Wincentego Witosa, a nasze poglądy nie były tak bardzo podobne. Nie będę was zanudzał dokładnym opisem swoich poglądów, bo to wymagałoby znacznie więcej, niż zapisanie jednej strony tekstu. Mam nadzieję, że nadejdzie czas, gdy będę mógł się z wami podzielić moim spojrzeniem na świat i jakich reform moim zdaniem on potrzebuje.
Co do samego Marszu Równości przyznam, że bawiłem się dobrze, chociaż chyba nie czułem się równie swobodnie, co większość biorących udział. Nic jednak dziwnego, gdyż traktuję to bardziej jako swój własny, polityczny manifest indywidualizmu i inności, jednocześnie korzystając z możliwości solidaryzmu z ludźmi o być może zbliżonym punkcie widzenia na niektóre kwestie. Starałem się zrobić kilka zdjęć, żeby udokumentować w minimalnym stopniu całe wydarzenie, ale okazało się, że nie umiem strzelać sobie tzw. "samojebek", więc postanowiłem wykorzystać zdjęcia wysłane mi przez koleżankę. Żeby nie odwracać uwagi od samego marszu, postanowiłem wyciąć niewielkie fragmenty tej fotografii. Zosiu, jeżeli to czytasz, bardzo cię za to przepraszam. Jak też widzicie, moja twarz jest zamazana, ale bynajmniej nie z powodu chęci zachowania anonimowości, bo wcale nie staram się już ukrywać, kim jestem. Po prostu nie patrzyłem w obiektyw, a ten prosty, wręcz prostacki zabieg sprawia, że nie musicie oglądać mojej krzywej mordy nawet przez jedną sekundę ;)
Jeżeli miałbym opisać całe wydarzenie, to w kilku słowach mogę powiedzieć, iż było bardzo kolorowo, głośno i radośnie. Chociaż przykro mi trochę było, gdy tyle osób przyszło z partnerami, a ja nie mam na razie nikogo. Szczególnie, gdy przechodząc koło kontrmanifestacji (złożonej z ledwie kilkudziesięciu sfrustrowanych facetów z banerami, których ledwo dało się dostrzec pod pomnikiem powstańców), puścili ten utwór. Lubię go, ale trochę przykro mi było, być może dlatego, że początkowy plan zakładał, że ruszę na marsz z moim (aktualnym) ex... No cóż, skoro nie chciał, to nie mogłem go przymuszać. Przynajmniej wiem, czym skutkuje bycie ułomnym człowiekiem. Jednakże wracając do poprzedniego tematu, zanim całkiem utopię was moimi łzami... Podobało mi się.
Serce rosło, gdy mijaliśmy rodziców z banerami, którzy wspierali swoje dzieci, starszych ludzi machających nam z balkonów oraz inne wyrazy solidarności. Nawet skrzecząca za mną dziewczyna, która nie potrafiła śpiewać, nie mogła na długo pogorszyć mojego samopoczucia. Zabawne było, gdy w oknie hotelu Lecha pokazała się para półnagich gejów o raczej śniadej karnacji. Może zabrzmię jak denerwująca yaoistka, ale było to urocze :3
Cieszę się, że żyję tutaj. Poznań - miasto doznań!