czwartek, 24 maja 2018

Uciekam przed pamięcią i sumieniem

Uciekam przed pamięcią i sumieniem. Strach, przed rzeczami na które sam byłem się w stanie zdobyć jest przerażający. Chcę o tym zapomnieć jak najszybciej, lecz ilekroć spoglądam w lustro widzę człowieka, który ponosi pełną odpowiedzialność za cierpienie i śmierć. Teraz nareszcie znalazłem sposób na ucieczkę. Ewakuację, która zakończy mój problem. Nim jednak nadejdzie czas pożegnania chcę opowiedzieć o tym wszystkim co przeżyłem.
Pochodziłem z ubogiej rodziny. Mój ojciec był skromnym szewcem. Miałem wiele braci i sióstr. Życie nie było lekkie, ale my dobrze się bawiliśmy. Ja byłem najmłodszy. Głód nam nie przeszkadzał, chociaż nigdy nie biegaliśmy z pełnym brzuchem, to jednak nie czuliśmy się zmordowani. Zawsze mieliśmy kreatywne pomysły i spędzaliśmy dużo czasu bawiąc się na dworze. Pomagaliśmy też ojcu w jego warsztacie. Ja byłem rozrabiaką. Zawsze szukałem guza i zawsze znajdywały mnie problemy. Byłem mistrzem we wpadaniu w kłopoty.
Kiedy zacząłem dorastać wiele się zmieniło. Moi bracia poszli na wojnę. Nie wiedziałem dokładnie o co chodzi. Doszło do śmierci jakiegoś arystokraty lub władcy. Nasi mówili, że to wina tamtych. Musieliśmy walczyć, jedyną słusznością wydawało się pomścić go i zagarnąć ziemię oraz majątki nieprzyjaciela. Tak robiliśmy. Wszyscy moi bracia wzięli udział w tej wojnie, nie mogliśmy pozwolić, by pomiatały nami inne kraje. Nie wiedziałem czym jest patriotyzm, ale my poprostu tak zostaliśmy wychowani. Wiedzieliśmy, że obcym nie wolno ufać, każde dziecko to wie. Nie mogliśmy pozwolić, by obcy weszli z butami w nasz kraj i zajęli nasze ziemie, mordowali naszych ludzi. Nie mogliśmy dopuścić, by zabili więcej arystokratów. Nie chciałem jednak, by moi bracia wyruszali na wojnę. Byli jeszcze młodzi, mieli plany i chyba prawdą będzie, że żaden z nich nie marzył o śmierci na wojnie. Jednak większość zginęła, przeżył tylko jeden, Aaron. Aaron był jednak w złej kondycji i nie mógł z nami mieszkać. Był chory, chromy, podobno miał też jakieś problemy psychiczne. Zostałem tylko ja i siostry. Nasz kraj został upokorzony. Zmuszono nas do podpisania haniebnych traktatów, a przynajmniej tak mi mówiono. Gdy byłem dorosły zacząłem słuchać polityka, który twierdził, że zna rozwiązanie wszystkich problemów. Pan Hitler był wizjonerem, a przynajmniej tak go wtedy widzieliśmy. Po prostu chciałem z nim pracować. Towarzyszyłem mu wszędzie, a gdy tylko doszedł do władzy wstąpiłem do SS, to był piękny dzień. Robiliśmy wszystko co kazał, chociaż jego rozkazy nie zawsze były moralnie dobre, ale wtedy nad tym nie myśleliśmy. Sądziliśmy, że pozbywamy się chwastów. Komuniści, demokraci i reszta świata. Wszyscy byli wrogami.
Pierwszy szok przeżyłem, gdy dowiedziałem się, że zawarliśmy sojusz z Sowietami. Z komunistami? Przecież jeszcze niedawno mieliśmy rozkaz pozbycia się ich wszystkich z naszego kraju. Byłem przekonany, że wódz przedstawiał ich dotychczas jako zagrożenie numer jeden dla Niemiec. Sądziłem, że pewnie ja się mylę, wódz nie może się mylić. Rodzice często wysyłali mi listy. Wiedziałem, że się martwią, ale nie mogłem przecież opuścić kraju. Żołnierz nie jest niczym innym jak bronią, która chroni ojczyznę przed zapędami gnuśnych polityków. Jednak wtedy się zastanawiałem. Skoro oni też mają żołnierzy, to czy oni też działają tylko, by chronić ojczyznę przed gnuśnymi politykami? Czy to oznacza, że nasi politycy mogą nie być tak dobrzy jak sądzę? Nie podobało mi się w zasadzie atakowanie innych krajów. Myślałem, że naszym celem nie jest wojna ze światem, a odbudowa Niemiec! Wielkie Niemcy, które nie muszą się nikogo bać, które mają siłę, pieniądzę, władzę. Rozumiałem pobudki, jakie kierowały rządem, ale czy naprawdę musieliśmy prowadzić wojnę z całym światem? Czy Gdańsk jest warty życia żołnierzy? Najwyraźniej tak. Wydaję mi się, że dowództwo nie chciało mnie na froncie, chociaż nie wiem czy to z powodu moich skrywanych problemów etycznych związanych z wojną, obniżenia wydajności, czy może innych nie jasnych mi powodów.
Miałem pomagać w obozie. Naszym zadaniem było nadzorować i pilnować pracy więźniów. Głównie byli tam Żydzi. Żydzi byli podobno odpowiedzialni za sytuację w Niemczech po Wielkiej Wojnie, ale nie wyglądali na groźnych. Ciągle byli jednak dręczeni. Moi koledzy nie znali litości. Przyznam, że mi też zdarzyło się postępować źle wobec więźniów. Działo się tak, ponieważ nie chciałem być różny od reszty, a także czasem potrzebowałem wyładowania. Gdy narastała czasem złość i frustracja bardzo prosto było szturchnąć, albo uderzyć jednego z osadzonych. Zasługiwali na ten los. Nie miałem problemu patrzeć jak posyłają ich na pewną śmierć. Przy dorosłych nie drżała mi nawet powieka. Gdy chodziło o dzieci... odwracałem się. Słyszałem wszystko, ale wolałem nie patrzeć. Nie miałem jednak woli, by przeciwstawiać się władzy. Gdy dowiedziałem się, że większość z tych Żydów to nie są żadni kryminaliści, ani spiskowcy byłem lekko skonfudowany. W takim razie czemu ich tu trzymać? Nie mogą być, aż tak dużym zagrożeniem. Nie widziałem sensu walczyć z wiatrakami. Mój sprzeciw nie pomógłby nikomu. Jedyne co by się stało, to sam wpadłbym w kłopoty, a miałem ich dużo już w młodości. Ostatecznie przecież praca to praca. Nie widziałem różnicy między myśliwym strzelającym do zwierzyny, a nami. W zasadzie wmawiałem sobie, że nie widzę różnicy. Czułem ją. Nocami nawiedzały mnie koszmary nie pozwalające spać.
W końcu wojna się skończyła, jednak naszą przegraną. Uciekłem, nie mogłem zostać w kraju. Wraz z innymi ocalałymi trafiliśmy do Argentyny w Ameryce Południowej. Zmieniliśmy wygląd i tożsamość, ja jednak nie mogłem żyć spokojnie, jakby nic się nie stało. Mieszkałem na uboczu. Za każdym razem jak widziałem wojsko lub policję bałem się, że przychodzą po mnie. Każdego dnia nasłuchiwałem uważnie, lecz najgorsze było co widziałem. Męczyły mnie złe wizje i złudzenia. Czasem zdawało mi się, że widzę ludzi z obozu. Słyszałem płacz dzieci, ich krzyki. Nie dawało mi to spokoju spać. Każdego ranka budziłem się spocony i wyczerpany. Bałem się. Pomyślałem, że zacznę się przemieszczać. Jechałem z miasta do miasta, zwiedziłem wiele miejscowości w Ameryce Południowej, lecz nigdzie nie czułem się dobrze. Zawsze czułem się zaszczuty. Byłem pewien, że to co zrobiłem było amoralne, a mając dostęp do prasy i radia byłem wręcz tego pewien. Nie pamiętałem już radości, gdyż dnie dłużyły mi się i były w zasadzie niekończącym się koszmarem na jawie. Z powodu przemęczenia widziałem wiele nierealnych rzeczy, które budziły we mnie strach i zgrozę. Martwe ciała, krew... czułem jakby ktoś dusił mnie lub męczył, jakbym sam trafił do jednego z tych okropnych obozów. Wszystko zaś co czułem i widziałem było tak rzeczywiste, że nie odróżniłbym tego od codziennego dnia. Przestałem nawet widzieć prawdziwe twarze ludzi. Wszyscy oni mieli twarze więźniów z obozu. Widziałem w ich oczach gniew, nienawiść. Każdy jeden z nich tak wyglądał, pomimo iż wiedziałem, że to niemożliwe. Czemu dostrzegałem jedynie obrazy trupów w żywych ludziach? Byłem nawiedzany. Czułem się tak bezradnie. Nie miałem już dokąd uciec, ale wreszcie wymyśliłem plan. Nie chcąc siedzieć w martwym punkcie wiem, jak uniknąć tego na zawsze.
Mój plan okazał się banalnie prosty, a jednak pierwszy raz do głowy przyszło mi to rozwiązanie. Moje wyznanie zapisuję na tej kartce, jeśli ktokolwiek będzie chciał ją odczytać i o ile w ogóle będzie w stanie. Jestem gotowy się pożegnać. Przykro mi z całego serca i wiem, że to jedyne sprawiedliwe rozwiązanie. Może Święty Piotr będzie dla mnie łaskawy, jako iż mój żal za grzechy jest szczery. Sznur już zawieszony. Przepraszam.

piątek, 4 maja 2018

Ryby

(Autorski wiersz, dziesięciozgłoskowiec)

Ciekawe o czym by rozmawiały
Ryby gdyby swój głos posiadały
Może historie swoje by snuły
Albo jak ludzie jadem by pluły

Może to z rozwagi milczały
Ludzkich problemów tak unikały
Czy to możliwym jest by karp miał głos?
Wtedy zaśpiewałby piękniej niż kos

Czemu rybo nie powiesz ni słowa?
Gdzie zaginąć mogła twoja mowa?
Czy morskie stwory ją ci porwały?
Lub kraby w swe muszle schowały?

Czy ktoś narzucił zmianę tę na was?
Albo podjął decyzję tę za nas?
Bo chociaż rybą może nie byłem
Z ich normami się dobrze zżyłem

środa, 21 marca 2018

Człowiek, który daje życie

Człowiek, który daje życie


Jeśli kiedykolwiek sami doświadczyliście ciężkiej choroby albo mieliście w swoim życiu osobę bliską, być może przyjaciela, rodzeństwo, rodzica, dziecko, a może osobę ukochaną, która ciężko zachorowała, to na pewno wiecie, jakim strasznym uczuciem jest bezradność. Gdy dowiadujecie się, że choroba jest nieuleczalna, zostaje wam tylko płakać, bo ani żadne lekarstwo, ani żaden człowiek wam nie pomoże.
Choroba udowodniła mi, że nie wszystko można kupić. Miałem szczęście urodzić się w zamożnej rodzinie. Mój ojciec miał dobrze płatną pracę, był szanowanym notariuszem. Chociaż bardzo dużo inwestował w moją przyszłość i naukę, trudno mi powiedzieć, że mnie wychował. Był człowiekiem bardzo poważnym, który ciągle miał jakieś sprawy do załatwienia. Bardzo ciężko pracował, a nawet kiedy nie pracował, wydawał się myśleć jedynie o pracy. Nigdy tak naprawdę się nie uśmiechał. Nawet jeśli na jego twarzy pojawiał się grymas udający uśmiech, był on sztuczny i służył mu jedynie za ozdobę, gdy przebywał w towarzystwie znamienitych gości. Moja matka również rzadko była obecna w moim życiu. Była znacznie młodsza od mojego ojca i nie łączyło ich wiele, więc jestem przekonany, że wyszła za niego wyłącznie dla pieniędzy. Sama interesowała się wszystkim, tylko nie tym, co działo się blisko niej. Była kompletnie oderwana od rzeczywistości i chociaż udawała obytą ze sztuką, jestem pewien, że nie rozumiała nigdy przekazu podziwianych dzieł. Gdyby było inaczej, może częściej byśmy rozmawiali… Ojciec wydawał bardzo dużo na moje kształcenie. Większość czasu spędzałem z moimi nauczycielami i z nosem w książkach. Trudno powiedzieć, że nauczyciele mogli całkowicie zastąpić mi ojca, ponieważ nie miałem z nimi tak silnych relacji. Pamiętałem o nich oraz ich naukach, ale oni zazwyczaj traktowali mnie protekcjonalnie i wątpię, bym był dla nich czymś więcej niż po prostu kolejnym uczniem. Dlatego figurą ojcowską w moim życiu stał się pewien lokaj. Był bardziej pracowity od reszty służby, a mimo to traktowany najsurowiej. Pomimo niełatwej pracy zawsze potrafił się szczerze uśmiechnąć, zapytać „Co słychać?” lub porozmawiać. Potrafił zawsze znaleźć czas.
Zostałem notariuszem jak mój ojciec, więc można powiedzieć, że osiągnął sukces. Grono moich przyjaciół było bardzo wąskie. Podobnie jak mój bardzo wymagający ojciec, miałem przyjaciół wyłącznie z wyższych sfer. Pochodzili, jak ja, z dobrych domów, rodzin lekarzy, prawników, księgowych… Większość z nich była okropnymi snobami, ale ja również nie byłem lepszy. Może to kwestia wychowania, może krwi, a może po prostu charakteru, ale tak jak mojemu ojcu zdarzało mi się lekceważyć cudze problemy i zachowywać egoistycznie. Nie interesowały mnie sprawy „plebsu”. Ceny zboża wzrosną dwukrotnie? Jakoś to przeżyję. Byłem tak strasznie samolubny, że zapominałem o losie i istnieniu ubogich, których takie zdarzenie mogło doprowadzić nawet do śmierci głodowej. Żyłem tak wiele lat. Zdążyłem ożenić się i rozwieść, a moje włosy zaczęły srebrzeć, natomiast ja nadal nie potrafiłem właściwie patrzeć na świat. Nie miałem przyjaciół, a znajomi przychodzili i odchodzili. Po śmierci rodziców jedyną bliską osobą, która mi została, był wcześniej wspomniany lokaj, który po śmierci mojego ojca zgodził się pracować u mnie. Pomimo sędziwego wieku bardzo dobrze się trzymał i zawsze służył mi pomocą i dobrym słowem.
Dni mijały mi na tym co zawsze. Zajmowałem się kwestiami zawodowymi, bywałem na imprezach dla „elity” i robiłem inne rzeczy, które nie dawały mi nic poza bogatszym skarbcem. Wszystko się zmieniło, gdy pewnego dnia moje ciało zaczęło niekontrolowanie drżeć i wykonywać dziwne ruchy. Chociaż objawy nie były z początku silne, nie mogłem ich zignorować. Zamówiłem lekarza, by mnie zbadał. Ten przyjechał i uważnie mnie obejrzał, następnie wystawił diagnozę. Powiedział, że cierpię na chorobę o dziwnej nazwie: „Setesdalsrykkja”. Powiadomił mnie, że jest nieuleczalna i zapytał czy zdarzały się przypadki zachorowania na tą chorobę w mojej rodzinie, mówiąc, że najczęściej przekazywana jest przez rodziców, a objawy pojawiają się dopiero w późniejszym wieku. Odpowiedziałem szczerze, że mój ojciec nigdy na to nie chorował, a moja matka zmarła młodo i nie wiem, czy w jej rodzinie występowała taka choroba. Nagle lekarz zamienił się w sędziego, który skazuje nieszczęśnika na powolną śmierć:
-Nie więcej niż 15 lat – powiedział lekarz. - Ale nie będzie to łatwa śmierć, będzie pan powoli coraz bardziej tracił kontrolę nad swoim ciałem i słabł. Może pan odczuwać silny ból, dlatego sugeruję wykupienie…
-Rozumiem - powiedziałem głośno, przerywając lekarzowi, który najwyraźniej wiedział, że jestem teraz zdezorientowany i potrzebuję czasu, żeby zrozumieć jego słowa.
-Jeśli będzie pan czegoś potrzebował… proszę mnie powiadomić. - lekarz wziął pieniądze i udał się do wyjścia, a ja zostałem sam.
Początek był bardzo ciężki. Musiałem przyzwyczaić się, że moje ciało każdego dnia jest coraz słabsze. Coraz bardziej traciłem panowanie nad swoimi mięśniami. Miałem trudności z piciem i jedzeniem, po pewnym czasie nie byłem w stanie zupełnie wykonywać mojej pracy, gdyż moje dłonie drżały zbyt mocno, bym był w stanie spisywać i podpisywać dokumenty, a przecież z tego żyłem. Czułem się też coraz bardziej otumaniony, a ponieważ nie chciałem spędzać ostatnich lat mojego życia będąc wiecznie zmęczonym, postanowiłem, że będę dużo spał, dzięki czemu w ciągu dnia miałem przynajmniej dość energii, by wykonywać proste, ale niezbędne czynności. Innych nie robiłem wcale. Moja służba musiała głównie zajmować się mną, ponieważ stałem się bezużyteczny i nieporadny. Czułem się beznadziejnie i z każdym dniem coraz bardziej traciłem nadzieję, że jest szansa na poprawę. Nie chciałem wydawać wszystkiego na poszukiwanie nieistniejącego lekarstwa, więc starałem się zaakceptować rzeczywistość.
Do zmiany zdania przekonał mnie jednak mój lokaj. Był bardzo mądrym człowiekiem o trudnej przeszłości. Wielu lokajów wybierało swoją profesję, ponieważ tym zajmowano się w ich rodzinach od pokoleń, ale on był inny. Pochodził z prostej, wiejskiej rodziny, a pracę na salonach załatwił sobie sam, dzięki ciężkiej pracy i wierze w rzeczy, które dla wielu zdawały się niemożliwe. Nawet jego rodzice uważali, że prędzej zginie, niż zostanie lokajem. „Synu, nieważne gdzie pójdziesz i co będziesz robił w życiu, zawsze będziesz synem rolnika.” On nie poddał się. Szukał okazji i je wykorzystywał. Nie zważał, że z powodu braku kontaktów był wiecznie na gorszej pozycji niż reszta służby, po prostu działał i dzięki temu zaszedł tak daleko.
-Z całym szacunkiem, pomimo pańskiej choroby jest pan wciąż tym samym człowiekiem. Ma pan pieniądze i cieszy się pan dobrą sławą. Znam pana od bardzo dawna i już jako dziecko wykazywał pan determinację i bystrość. Spędził pan wiele lat, by dzięki nauce i ciężkiej pracy osiągnąć sukces. Ma pan zamiar teraz stracić to wszystko, położyć się i umrzeć tylko dlatego, że przytrafiło się panu nieszczęście? Powinien pan być szczęśliwy, że ma środki, które pozwolą panu na leczenie. Jeśli nawet nie znajdzie pan kuracji lub lekarstwa, które uratuje pańskie życie, to na pewno nie zaszkodzi panu spróbować. Gorzej być nie może.
Zrobiłem jak poradził. Było ciężko, ale zacisnąłem zęby i zacząłem szukać wszędzie człowieka, który mógłby mnie wyleczyć. Mój dom odwiedziły setki najlepszych lekarzy, znachorów, chirurgów, szamanów i innych specjalistów, którzy zarzekali się, że ich kuracja może mnie wyleczyć lub przynajmniej przedłużyć życie. Leczyli mnie latami, ale ja nie zdrowiałem. Przeciwnie, byłem coraz bardziej chory. Znowu przestałem wierzyć w siebie, jako że nikt nie zgłaszał się już nawet z ofertą uleczenia mojego ciała. Wszyscy wiedzieli, że sytuacja jest beznadziejna i teraz zostało mi już tylko czekać na nadejście nieuchronnej śmierci. Mój lokaj wciąż próbował zachęcać mnie do walki, ale ja byłem teraz głuchy na jego słowa. Czasem marzyłem o śmierci i żałowałem, że w ogóle żyję.
Wtedy dostałem informację. Pojawił się jakiś znachor lub może raczej kaznodzieja. Głosił nauki i podobno leczył ludzi korzystając z mocy, którą dał mu jakiś bóg. Nie brzmiało to obiecująco. Długo ignorowałem nalegania mojego lokaja, któremu bardzo zależało, bym chociaż zobaczył się z tym człowiekiem. Chociaż miałem zaufanie do mojego sługi, to wątpiłem w rzekomo mistyczne moce tajemniczego wędrowcy, który zdawał się zjawiać niespodziewanie i rzadko przebywał dłużej niż kilka dni w jednym miejscu. Było to dla mnie niezrozumiałe, by byle włóczęga mógł wyleczyć mnie z czegoś, z czym nie poradził sobie żaden specjalista. Boża moc wydawała mi się czymś całkowicie abstrakcyjnym.
Mijały tygodnie, a ja zacząłem zauważać coś innego, co wydaje mi się działo się już wcześniej, ale byłem zbyt skupiony na sobie, by zauważyć. Tak bliski memu sercu lokaj zaczął umierać. Był ode mnie zdecydowanie starszy, więc wydaje się, że nie powinno mnie to dziwić, a jednak… Zawsze myślałem, że to ja odejdę pierwszy, wydawało mi się, iż choroba czyniła mnie w pewien sposób „specjalnym”. Jakbym był jedyną śmiertelną istotą na świecie, która powoli umiera, podczas gdy reszta świata żyje i żyć będzie jeszcze długo po mnie. Pierwszymi objawami nadchodzącej śmierci u mojego przyjaciela była blada jak kreda skóra, słaby głos, zmęczenie i trudności w wykonywaniu prostych czynności. Gdy stał, szybko się męczył, więc ciągle się o coś opierał. Wiecznie bolała go głowa i piekło gardło, dlatego nieustannie kaszlał. Chciałem mu pomóc, ale było za późno. On po prostu gasł na moich oczach, aż pewnej nocy się nie obudził. Była to śmierć z przyczyn naturalnych. Lokaj żył bardzo długo, ale ja nigdy nie zauważyłem, że jego osoba była dla mnie aż tak ważna. Nigdy nawet nie zwracałem się do niego po imieniu, a przecież wiedziałem, że na imię ma Nadar. Zawsze mówiłem o nim jak o zwykłym słudze, lokaju, chociaż wiedziałem, że jest kimś więcej. Był przyjacielem, rodziną… Dzień, w którym umarł, spędziłem płacząc i żałując, że byłem zbyt skupiony na sobie, by go zauważyć. Wpierw ważniejsze były reputacja i pieniądze, potem moje zdrowie… Czemu on, a nie ja? Nie chciałem spędzić moich ostatnich lat samotnie. Następnego dnia po jego śmierci zjawił się człowiek, który twierdził, że jest tym słynnym znachorem. Zapytałem go, czy mógłby ożywić mojego przyjaciela. Zaprzeczył, ale powiedział, że po śmierci wszyscy ponownie się spotykamy. Chwyciłem go za nadgarstek i powiedziałem, żeby w takim razie dał mi go znowu zobaczyć. Namaścił mi głowę, wypowiedział słowa modlitwy i wziął na świeże powietrze.
Widzę, jak wyciąga nóż, a w moich oczach budzi się - po raz pierwszy od dawna - iskra nadziei, ponieważ wiem, że zaraz otrzymam drugie życie.

czwartek, 15 marca 2018

Pedalskie jest

Pedalskie jest mieć
Włosy różowe
Pedalskie jest lubić
Suknie kolorowe

Pedalskie jest znać
Ponad pięć kolorów
Pedalskie jest nie lubić
I unikać sporów

Pedalskie jest posiadać
Tęczę w swym pokoju
Pedalskie jest stronić
Od ludzi bez ubioru

Pedalskie jest nie mówić
Prosto, bezpośrednio
Pedalskie jest nie krzyczeć
Że tak jest "na pewno"

Pedalskie jest wiedzieć
Co jest teraz w modzie
Pedalskie jest nie wiedzieć
Nic o samochodzie

Pedalskie jest pytać
O zgodę swoją mamę
Pedalskie jest prosić
O słodzoną kawę

Pedalskie jest zresztą
Też wierszy pisanie
Pociechą mą jedyną
Jest pedalskie łkanie

wtorek, 6 marca 2018

Personifikacja umierania

Jestem mistrzem tej gry
Więc wysuwam swoje kły
Nie wiem nawet czy ty
Znasz zasady mojej gry

Nie wiem czemu ze mną grasz
Pewnie teraz w gacie srasz
Jeśli chcesz opuścić mnie...
To nie skończy dobrze się

Serce z piersi się wyrywa
Czasu twego wciąż ubywa
Wiele nie osiągniesz już
Ciało swoje w grobie złóż

Myślisz sobie, że mnie znasz
Może coś w tej głowie masz
Ale czy to ci wystarczy
Gdy coś blisko ciebie warczy

Jestem żywym twoim strachem
Twego grzechu młodszym bratem
Twym pragnieniem i marzeniem
Najokrutniejszym stworzeniem

Jestem niczym
Ty to wiesz
Jesteś niczym
To wiedz też

niedziela, 11 lutego 2018

Umówione spotkanie

(Autorskie opowiadanie i moim zdaniem, dotychczas moje najlepsze działo, bardzo serdecznie zapraszam do lektury i oceny. Powstało, jako dzieło "konkursowe" na grupę na FB)
Umówione spotkanie

Umówiłem się z nią na dziewiątą i niespokojnie patrzyłem na zegar. Nie mogłem doczekać się naszego spotkania, niczym kochanek, który z utęsknieniem wypatruje swojej drugiej połowy. Czułem, że drży moje całe ciało. Moje oczy same zaczęły łzawić. Czułem chłód, brakowało mi ciepła, jakie ona mogła mi zapewnić.
Wybiła umówiona godzina naszego spotkania, dziewiąta, jednak jej nadal nie było. Wcześniej odczuwałem jedynie podekscytowanie, ale teraz zacząłem się obawiać. Co jeśli nie zdąży przyjść na czas? Słyszałem pukanie do w drzwi, ale to nie mogła być ona. Minuta po, dwie, pięć… a jej nadal nie widziałem ani nie słyszałem. Zacząłem wolniej oddychać i z wielkim niepokojem patrzyłem na zegar. Czas upływał, ale jej nie było. Chciałem się czymś zająć, ale nie mogłem. Teraz drżałem nie tylko z podniecenia, ale i ze strachu. Moje kończyny były ciężkie i sztywne, jakby skamieniałe. Nie mogłem nic zrobić, więc po prostu czekałem.
Wcześniej słyszałem walenie w drzwi do mojej komnaty. Byłem dobrze zabezpieczony i tylko ona wiedziała, jak się do mnie dostać. Teraz jednak przestałem to słyszeć. Z początku obawiałem się. Może wdarli się, a ona przecież jeszcze nie przyszła, albo może porzucili mnie? Nie chciałem ich w środku, ale nie chciałem też, by o mnie zapomnieli (pokrętna logika, wiem). Potem jednak wszystko stało się jasne, po prostu przestałem słyszeć. W uszach szumiało mi i cicho dzwoniło, jednak było to dla mnie kojące. To znak, ona na pewno jest blisko! Och, jak bardzo nie mogłem się doczekać! Z tego podniecenia aż krew zaczęła mi lecieć z nosa. Pomimo zesztywniałych kończyn, udało mi się chwycić, leżącą niedaleko szmatkę, chociaż kosztowało mnie to sporo wysiłku. Przycisnąłem ją mocno do nosa, bo nie chciałem, by krew splamiła elegancką, drewnianą podłogę.
Było spokojnie i nawet powoli ogarniała mnie senność, lecz nagle, kompletnie niespodziewanie, drzwi zostały wyważone i chyba odzyskałem słuch.
- Zabierzcie go! Szybko! Cholera, jest bardzo źle! - krzyknął znajomy mi głos. To pewnie był kapitan straży, zawsze się o mnie martwił.
„Wszystko jest w porządku, nie macie się czym martwić, pozwólcie mi tu leżeć”. Chciałem odpowiedzieć, ale nie mogłem. Język plątał mi się i zamiast tego bełkotałem coś niezrozumiale. Wydawało mi się to zabawne, więc uśmiechnąłem się. Nie rozumiałem, czemu wszyscy tu obecni są tak poważni i czemu patrzą na mnie w taki sposób? Nie rozumieją, że przeszkadzają mi w umówionym spotkaniu? Z drugiej strony powoli traciłem kontakt ze światem zewnętrznym, więc nie potrafiłem się na nich gniewać.
Wydawało mi się, że na chwilę zemdlałem, bo otworzyłem oczy zupełnie gdzie indziej. Początkowo bardzo bolała mnie głowa i trudno było mi przypomnieć sobie, gdzie jestem. Po chwili stało się to dla mnie jasne - u mojego drogiego pana doktora. Leżałem blisko kominka, na łożu. Cały drżałem, a moje ciało wysyłało sprzeczne sygnały. Co chwila odczuwałem inną temperaturę, raz było mi lodowato, by po chwili poczuć trawiącą mnie gorączkę. Najgorsze jednak, że było tu okropnie duszno. Nie dało się niemal oddychać, więc ciężko dyszałem, chwytając powietrze. Wydawało mi się, że w całym pokoju panuje mrok, ale widziałem palący się ogień w palenisku i zapalone świece, co przekonało mnie, że to zmysły mnie zwodzą.
Lekarz gorączkowo czegoś szukał, wszyscy mówili, ale nie rozumiałem ich słów. Ponownie musiałem utracić słuch, gdyż wszystko brzmiało jak bzyczenie. Podeszła do mnie pielęgniarka, musiała być nowa, bo jej nie kojarzyłem. Niebrzydka była, powiem szczerze i nawet żałowałem, że nie z nią umówiłem się na spotkanie, ale tylko przez chwilę. Przypomniałem sobie szybko, że to od kobiety wszystko się zaczęło, więc z tego też nic by nie wyszło, niezależnie od okoliczności. Chciałem coś powiedzieć, ale jedyne dźwięki, jakie wydawałem, to kasłanie i ciche jęki.
W końcu i lekarz do mnie podszedł. Pielęgniarka przytrzymała moją głowę, a on wlał mi coś do gardła. Chciałem to wypluć, ale nie miałem siły. Szkoda, bo było okropne w smaku. Smakowało trochę wódką, którą jeszcze bym zdzierżył, chociaż średnio przepadałem za alkoholem, ale poza tym smakowało bardzo kwaśno i gorzko zarazem, co sprawiło, że moja twarz sama się krzywiła, okazując głęboką pogardę względem tego diabelskiego napoju. Napój nie zdążył jednak przynieść oczekiwanego rezultatu i z zadowoleniem zauważyłem, że zaczynam opuszczać to miejsce. Zamknąłem oczy, moje ciało przeszły ostatnie fale bólu i wstrząsy.
Obudziłem się gdzie indziej. Ból, drgawki, zesztywniałe kończyny, wszystko to zniknęło, jak ręką odjął. Było tu trochę zimno, ale i tak czułem się znacznie lepiej, niż wcześniej. Nie widziałem żadnego zegara, ale wątpię, by czas płynął tutaj tak samo, wydawało mi się, że spóźnienie wyniosło przynajmniej godzinę, chyba, że coś pomyliłem. W każdym razie byłem już na miejscu, a to oznaczało, że ona mnie odwiedziła. Chciałem osobiście jej podziękować, ale nie było jej nigdzie w zasięgu mojego wzroku. Ona - Śmierć przyniosła mnie tu, ale zostawiła samego. Błyskawicznie wstałem i ruszyłem przed siebie. Świat otaczający mnie, wyglądał dziwnie. Wszędzie rosły drzewa, które były brzydkie, suche i poskręcane, dawno już musiały obumrzeć. Była noc i panował mrok, jednak gigantycznych rozmiarów Księżyc zapewniał nienaturalne światło. Im dalej szedłem, tym wszystko stawało się coraz dziwniejsze.
Na jednym z drzew zauważyłem wiszącego człowieka. Przeraziło mnie to, ale zdecydowałem się iść dalej, przecież nie można umrzeć, gdy jest już się martwym. Widziałem coraz więcej martwych ludzi. Niektórzy wisieli na drzewach, inni byli nabici na pale, jeszcze inni leżeli na ziemi z rozszarpanymi brzuchami. Przyznam, że trudno było oderwać wzrok od tych makabrycznych obrazów. Droga była w miarę prosta i starałem się nią podążać. Czułem, że odnajdę ją na końcu. Chociaż już byłem martwy, chciałem naprawdę wpaść w jej ramiona. Wcześniej nie odczuwałem takiej potrzeby. Śmierć miała być tylko ucieczką, ale teraz czułem, że jestem niespełniony, że nie wypełniłem swojego celu i miałem nadzieję, że kontakt z nią zapewni mi spełnienie. Chciałem z całego serca, by zwróciła na mnie uwagę, dlatego szedłem ciągle do przodu, chociaż poruszałem się bardzo wolno i nie czułem, bym jakkolwiek zbliżał się w jej kierunku, mimo znacznego wysiłku.
Martwych ciał, było coraz więcej. Zauważyłem pewne szczegóły, które je łączyły. Po pierwsze, wszystkie należały do mężczyzn, lecz żadne z nich nie miało twarzy, większość nie miała głów w ogóle, a te które miały, były tak zmasakrowane, że nie mogłem nic na ich podstawie stwierdzić. Potem dostrzegłem coś jeszcze. Wszystkie miały sygnety na palcu wskazującym, a dokładniej na lewej dłoni. Zacząłem mieć pewne podejrzenia, ale nie miałem odwagi, by wypowiedzieć je na głos. Szedłem ciągle naprzód, a świat wydawał się coraz straszniejszy.
Niebo zabarwiło się na czerwono i zaczął padać deszcz. Szkarłatne krople rytmicznie uderzały o twardą powierzchnię, tworząc kałuże. Na drzewach dotkniętych kroplami zaczęły wyrastać pąki, które w ciągu ledwie parunastu sekund, przemieniały się w nieregularne, czerwone kwiaty. Ciała zaś, które stykały się z tym krwistym płynem, wydawały się regenerować. Nie chodzi o to, że zaczynały nagle wstawać, niczym umarli w legendach, lecz znikały z nich rany i powoli zacząłem dostrzegać, że nie myliłem się w moich podejrzeniach.
Oto przede mną leżały moje własne zwłoki. Nie w pojedynczej sztuce. Wszystkie te ciała, to byłem ja. Widziałem to aż nazbyt dokładnie. Chciałem uciec, przed koniecznością oglądania swojej twarzy, ale nie mogłem, gdyż dostrzegałem ją na każdym kroku. Pomimo, że zacząłem biec, stałem w miejscu. Wkrótce deszcz przestał padać i powoli wszystko wróciło do poprzedniego stanu. Kałuże parowały i znikały, a drzewa traciły swoje pąki, by na powrót stać się absolutnie martwymi. Ciała ponownie ulegały zniszczeniu i rozkładowi, a chociaż ich twarze na powrót stały się zamazane i niekształtne, ja wciąż widziałem w nich siebie, ponieważ nie mogłem zapomnieć ujrzanego przed chwilą widoku.
Zdawało mi się, że ktoś mnie obserwuje, słyszałem słaby szept, cichy głos mówiący mi do ucha, że sam sobie ten los zgotowałem. Nie przeczę, oczekiwałem, że umrę. Gdybym mógł, załatwiłbym to szybko, bezboleśnie, ale przezorny lekarz ukrył wszystkie substancje, które gwarantowały błyskawiczną śmierć. Dlatego musiałem skorzystać z metod ludowych i sam przygotować wywar, który zakończy me życie.
Czy naprawdę na to zasłużyłem? Czym w ogóle jest „to”? Biegłem, po prostu biegłem. Moje ciała w strzępach leżały na drodze. Tam ręka, tam noga, tam oko, a tam kawałek wątroby. Poza tym zacząłem widzieć ciała innej osoby, kobiety, elegancko ubranej, jej twarz była cała i doskonale wiedziałem, kim jest. Miała na ustach ten perfidny uśmiech. Uśmiech, który dawniej ocieplał moje serce, teraz jednak budził nienawiść i gorycz, a także zawiść, że nie jest skierowany w moją stronę. Ten uśmiech, który zdawał się wyszydzać mój los, towarzyszył mi całą drogę. Przeklęta! Nie wystarczyło jej, że umarłem, musiała mnie dręczyć i po śmierci! Byłem zły, po co mi to było? Już wolałbym żyć, starając się naprawić złamane serce, niż biec w nieskończoność drogą, gdzie dookoła otaczają mnie tak okrutne obrazy! Moje ciało zniszczone i martwe, a ona radosna! Czy choć jedna osoba uroniła łzę po mnie? Szepty mówiły, że nie.
-Nikt po tobie nie zapłacze, nikt się nie przejmie, jesteś już tylko sam, ty i Śmierć, lecz nawet ona cię nie chce. Nikt ciebie nie chce, dlatego jesteś sam.
Może mówiły prawdę, bałem się tego. Zawsze byłem odludkiem, więc coś mogło w tym być. Nie wiem, czy miałem chociaż jednego prawdziwego przyjaciela. Ludzie byli dla mnie mili, ale czy nie dlatego, że ja rządziłem?
Bieg sprawiał, że byłem wycieńczony, pot spływał mi obficie po czole, ale biegłem dalej. Już nie chciałem jej dotknąć. Po prostu nie mogłem biec w inną stronę. Po co mi było to spotkanie? Ciała były wszędzie, biegłem po nich, deptałem swoje ciało, ręce, nogi. Chciałem płakać, ale nie miałem siły, musiałem biec.
Nagle, niczym grom z jasnego nieba pojawiła się ręka. Wiedziałem, co muszę zrobić, alternatywą była nieskończona pogoń i bieg, który nigdzie mnie nie zaprowadzi. Ścisnąłem ją z całą siłą i… otworzyłem oczy. Zdziwiłem się, zamrugałem kilkakrotnie. Co robię w szpitalu? Bolała mnie głowa, nie czułem się zbyt dobrze, ale przynajmniej żyłem. Cieszyłem się, bo nie byłem gotowy na śmierć, chociaż sam ją do siebie wezwałem. Pomimo bólu uśmiechałem się, patrząc w twarze zgromadzonych ludzi, którzy z jakiegoś powodu, wydawali się zmartwieni. Czy nie cieszyli się, że żyję? Chciałem im podziękować, ale wtedy ją ujrzałem. Stała w tłumie. Kościotrup odziany w szatę czarniejszą niż bezksiężycowa noc, Śmierć we własnej osobie. Zrozpaczony chciałem błagać, żeby mnie nie zabierała, ale niestety, kiedy raz się na coś zdecydujesz, nie można się wycofać. Chwyciła mą duszę, aby zabrać mnie tam, gdzie żyją koszmary, by mój los był nauczką, że czasem nie należy działać pochopnie.

czwartek, 1 lutego 2018

Przygotowania

(Autorskie)

Uporządkowałem dom
Posprzątałem dach
Chcę ład w domu moim zostawić

Oczyściłem się
Ogoliłem twarz
Nie chcę takim się pozostawić

Spakowałem się
Zostawiłem list
Bo wyruszam w daleką drogę

Położyłem stół
Powiesiłem sznur
Lecz wstrzymałem swą nogę

Nie jestem gotów dziś
Wyprawa poczeka dzień
Bo dzisiaj się stąd nie ruszę

Lecz jeszcze jedna noc
I jeszcze jeden świt
A w daleką drogę wyruszę