środa, 27 listopada 2019

Paradox

Jak ja nienawidzę
Pierdolenia starych bab
I dziadów w wierszach,
Sfrustrowanych na świat,
Którego sami są częścią.

Zabawne, że
Nie mogę się doczekać,
Aż do nich dołączę
Z permanentnym bólem odbytu
I pracownią we własnej sypialni.


wtorek, 12 listopada 2019

Diament

Wilgotny telefon!
Na głośnikach Tom Waits!
Na wyświetlaczu Bukowski!

Próbuję zmyć smród oraz winę,
Zużywając bieżącą wodę
I zieloną, kleistą maź
O zapachu cytrusa...

Jestem już czysty,
A jedyne co czuję i wdycham
To popiół.

sobota, 9 listopada 2019

Rozwijanie na kamiennych tablicach

"Nie rób!
Nie tykaj!
Jak dotkniesz, zepsujesz!
To zbyt skomplikowane,
zbyt trudne dla Ciebie!
Najlepiej się poddaj,
Zrób coś pożytecznego!
Nie bądź uparty!
To nie są żarty!
Pracuj!
Nie marz!
Mówię, bo kocham!
Biję, bo..."

Ja zaś robię
Na przekór trochę,
Nie dlatego, że mam rację,
Właściwie sądzę, że jest odwrotnie.
Każdy ma to, na co zasłużył.
Kreślę słowa tłustymi palcami,
Pisząc o rzeczach, o których nie mam pojęcia
I nie jestem w tym mądry lub wyjątkowy.
Tworzę, choć im wierzę,
Ale muszę próbować,
Nic innego mi nie zostało,
Poza wtaczaniem głazu.

Nie jestem lepszy,
Jestem po prostu debilem
Na głodzie.


Tycjan - "Syzyf"

wtorek, 5 listopada 2019

Trybunał rewolucyjny


Trybunał rewolucyjny

Na salę wprowadzono kolejnego więźnia. Pozornie nie wyróżniał się z tłumu. Ubrany był w sposób charakterystyczny dla swojego stanu. Musiał tu trafić prosto z aresztu. Miał na sobie sutannę – zgodnie z papieskim, szesnastowiecznym dekretem – sięgającą do kostek, lekko wciętą w pasie, z niskim stojącym kołnierzykiem, zapinaną na rząd niewielkich, matowych guziczków, a pod nią alabastrową koloratkę. Stał dumnie wyprostowany, trzymając wysoko głowę, mimo iż wyglądał na osłabionego. Był bardzo blady. Wydawało się, że wszystko go strasznie boli, szczególnie nogi, gdyż ciągle przytrzymywał się czegoś rękoma, jakby się obawiał, że zaraz upadnie. Mętne, zaczerwienione oczy i pot na czole zdradzały pierwsze objawy gorączki. Prosta postawa wzmagała jedynie drżenie kończyn więźnia, który nie mogąc zupełnie zapanować nad własnym ciałem, zagryzał wargi i krzywił się straszliwie. Nie to jednak wyróżniło go spośród pozostałych. Chociaż przedstawiciele duchowieństwa licznie trafiali przed rewolucyjny trybunał, ten przypadek nie był taki jak inne, co miało okazać się dopiero za chwilę.
Stojący przed nim na podwyższeniu sędzia miał rozłożone akta sprawy, dowody winy i wszystko co niezbędne do orzekania wyroków. Poza nimi w sali znajdowała się jeszcze straż, która przyprowadziła duchownego przed oblicze trybunału, ława przysięgłych i spoglądający z odrazą na oskarżonego prokurator o czarciej urodzie. Tył pomieszczenia zajął licznie zebrany lud Paryża. Oskarżony nie miał adwokata. Oczekiwano od niego, że sam ma się bronić. Robespierre osobiście nakazał, że rozprawy mają trwać krótko, a wyroki być jednoznaczne. Nie ma czasu, nie można go marnować dla każdego wroga rewolucji. Stary system należy zmienić czym prędzej, trzeba zachowywać stanowczość i nie można się cofać.
- Obywatel, nazywany od teraz także oskarżonym, jest posądzony o zapędy rojalistyczne, służbę dla obcego wywiadu, sabotaż, kradzież i działalność kontrrewolucyjną. Oskarżony ma prawo do obrony. Wszystko, co zostanie powiedziane przed trybunałem zostanie wzięte pod uwagę i może być wykorzystane przeciwko oskarżonemu. Jeżeli postawione zarzuty zostaną udowodnione, oskarżony zostanie skazany na karę śmierci poprzez ścięcie na gilotynie w trybie natychmiastowym, niezależnie od stanu, z którego wywodził się przed rewolucją. Oskarżony może zostać uniewinniony przez trybunał na wniosek ławy przysięgłych. Czy oskarżony jest gotów do złożenia zeznań przed trybunałem rewolucyjnym? - sędzia mówił nużącym, niskim, monotonnym głosem, nie rzucając nawet przelotnego spojrzenia w stronę skazywanego właśnie delikwenta.
Miał świadomość, że większość spośród ludzi, których osądza, są niczym cielęta idące na rzeź i nie ma niczego, co mogłoby ich uratować. Wolał nie nawiązywać kontaktu wzrokowego tak długo, jak było to możliwe. Gdyby utworzyli nawet słabą więź, wyrok mógłby się skomplikować. Dla prawa nie miało zresztą znaczenia, kim jest oskarżony, tylko jakie przestępstwa popełnił. Ustawa jakobinów jasno mówiła, że wyrok musi skazywać na śmierć lub uniewinniać oskarżonego. W więzieniach miejsca szybciej się kończą niż na cmentarzu, poza tym ludzie chętnie przychodzą oglądać krwawe widowiska. Są jak wiecznie głodna, krwiożercza bestia.
- Tak… - oskarżony odpowiedział słabo, nienaturalnym dla siebie głosem.
- Obywatela godność to… - tu sędzia zawiesił się, podniósł głowę i skrzyżował spojrzenia z mężczyzną stojącym przed nim. - Jean-Noël Chéreau?
- Zgadza się. - mówił cicho. Sędzia wpatrywał się w niego przerażony, jakby nawiedziła go znajoma zjawa.
- Obywatel jest rzymskokatolickim księdzem? - zapytał mechanicznie, chociaż znał już odpowiedź.
- Tak, to też się zgadza. Czy to koniecznie panie De… - zaczął.
- Obywatel jest proszony o zwracanie się do sędziego wyłącznie per „wysoki sądzie”. - wtrącił się milczący dotychczas prokurator.
Nikt nigdy go szczególnie nie lubił. Zdawało się, że napawa on obrzydzeniem nawet wielu rewolucjonistów. Gdyby ktoś skrzyżował żmiję z diabłem, otrzymałby w efekcie prokuratora o czarcim obliczu. Tak zimny i gadzi, iż faktycznie mógł być jaszczurem w przebraniu. Najwyraźniej najbardziej zażarci rewolucjoniści mieli zostać najgorliwszymi konserwatystami dla przyszłej epoki. Prawdopodobnie właśnie dzięki temu był piekielnie skuteczny.
- Naturalnie. - ksiądz skinął głowę w stronę mężczyzny mierzącego go srogim spojrzeniem, po czym obrócił się i znów patrzył w oczy sędziemu. - Znasz mnie przecież wysoki sądzie. Pamiętasz, jak twojego syna uczyłem pisać i czytać, a córki grać na pianinie?
- Te informacje są nieistotne dla sprawy. - rzekł sędzia jakoś dziwnie cicho i niewyraźnie. - Oskarżony proszony jest o trzymanie się tematu rozprawy.
Duchowny nie odpowiedział. Twarz jego zmieniła wyraz i przez chwilę wystąpił na niej dziwny grymas. Sędzia zaś czuł, że słowa wydobywające się w tej chwili z jego ust, należą w istocie do kogoś innego. On zaś jest jedynie marionetką zawieszoną na sznurku, która nie może ponosić odpowiedzialności za własne czyny. Tak naprawdę los jego nie różnił się niczym od biblijnego Piłata. On także umywał ręce, bo przecież tego wymaga prawo.
- Na obywatelu ciążył wyrok banicji, zobowiązujący go do dożywotniego opuszczenia Francji. - oznajmił sędzia. - Mimo to oskarżony powrócił do Paryża, gdzie zajmował się edukacją młodzieży z zamożnych rodzin. Proszę wyjaśnić swoje postępowanie.
- Nie zrobiłem nic złego. Chciałem jedynie wrócić do swojej ojczyzny. Tak, zajmowałem się nauczaniem, ale nie rozumiem, czemu to ma być przewinieniem? Pobierałem za to opłatę, musiałem z czegoś żyć. Nigdy nie wykładałem nikomu zagadnień teologicznych lub filozoficznych, nie zajmowałem się przekazywaniem dogmatów wiary katolickiej. Ludzie oczekiwali ode mnie, że nauczę ich dzieci ładnie śpiewać, tańczyć, wypowiadać się, grać na fortepianie, czytać i pisać… przecież to nie jest zbrodnia. - bronił się ksiądz.
- Czyli obywatel przyznaje się, że zignorował wyrok trybunału rewolucyjnego, który nakazał mu dożywotnie opuszczenie kraju? Zaznaczam, że wyrok sądowy jasno stanowił, iż banicja jest dożywotnia! - wtrącił się prokurator. - Skoro oskarżony twierdzi, że wrócił do kraju nauczać, mniemam, iż sam także potrafi czytać?
- Nie miałem możliwości odwołać się od wyroku. Moim zdaniem był nieprawomocny.
- Co więcej, oskarżony wykorzystując naiwność zamożnych rodziców powrócił do kraju, by pod przykrywką nauczyciela, szpiegować na rzecz wrogich Francji mocarstw. - prokurator kontynuował z bestialskim uśmiechem.
- Co? Toż to absurd! Niedorzeczność! Nie szpiegowałem nikogo. - sam zarzut zranił jego dumę.
- Czyli obywatel zaprzecza, iż działał na polecenie tak zwanej „koalicji antyfrancuskiej”?
- Nie działałem na czyjekolwiek polecenie, służyłem wiernym jedynie z woli papieża i Boga…
- Więc jednak obywatel przyznaje się do szpiegowania na rzecz Państwa Kościelnego?! Mamy uwierzyć, że oskarżony nie słyszał o zerwaniu konkordatu przez Republikę Francuską?! Toż to bezczelne kłamstwo. - przerwał mu.
- Nie! To nie tak! - głos księdza się łamał. - Nie na tym polegała moja misja, miałem jedynie służyć ludziom.
- Wysoki sądzie, ławo przysięgłych, wydaje się, że oskarżony sam nie wie, co robił. Zaraz zacznie zarzekać się, że przybył tu na wypoczynek! Zresztą trudno uznać go za kogoś innego niż pospolitego, notorycznego kłamcę i krzywoprzysięzcę. Lekceważy wyroki sądowe i głosi nieprawdę nawet w sprawach błahych. Mamy spisane zeznania wielu ludzi, w tym jego klientów, którzy potwierdzają, że do głów ich dzieci wtłaczane były po kryjomu katolickie zabobony! Oczywiście sytuacja nie wyglądałaby lepiej, gdyby oskarżony był imamem lub rabinem, lecz we Francji pozycja księdza pozwoliła mu na nadużywanie zaufania ludzi dobrej woli. Biedni rodzice dowiedzieli się o indoktrynacji ich dzieci dopiero post factum, jako iż oskarżony maskował swoje personalne, kontrrewolucyjne cele pod pozorem ogólnie rozumianej edukacji. Jednak zamiast poprzestawać na nauczaniu dzieci francuskiego, algebry lub nauk przyrodniczych, obywatel z premedytacją wtłaczał dzieciom do głów różne bzdury. Jak amoralnym i antypatriotycznym trzeba być Francuzem, żeby nie tylko głosić, iż władza królewska ma rzekomo pochodzić od „boga”, lecz jeszcze przekazywać te rojalistyczne podszepty dzieciom?
- To musi być pomyłka… Primo sam nie byłem nigdy zwolennikiem króla Ludwika i popierałem dążenia ludu do zmiany tej władzy, secundo żadne dziecko nie pojęłoby nawet natury tomizmów, nie wspominając już o...
- Co więcej! - przerwał mu prokurator, pewien, że racja jest po jego stronie. - Mamy niezbite dowody zdrady. Oskarżony może nie wierzyć w nasze dobre intencje i wmawiać nam nawet, że wszystko to zostało przez nas ukartowane, zeznania są wymuszone, a on jest jedynie ofiarą systemu. Tego jednak podważyć nie może. Zabezpieczyliśmy już część listów oskarżonego. Poszanujemy jednak jego prywatność i nie będziemy odczytywać ich treści publicznie.
- Na niekorzyść oskarżonego. - wyjaśniał sędzia. - Wskazuje korespondencja utrzymywana z Państwem Kościelnym oraz z wiedeńskim arcybiskupem. Obywatel jest świadom, że łamie tym samym prawo? Wszak jeśli nawet nie szpiegował na rzecz obcego mocarstwa, utrzymywał bliskie stosunki z wrogami rewolucji i ludu Francji, a to zakrawa o zdradę.
- Ależ panie De…, przepraszam, miałem na myśli, wysoki sądzie! - powiedział, zerkając uprzednio w stronę prokuratora. - Kiedy ja musiałem. Wiem, że nie powinienem był tego robić, ale mogę wyspowiadać się z każdego z napisanych przeze mnie listów. Zapewniam, iż nawet słowem nie wspierałem żadnego z wrogów ojczyzny, jestem dumnym patriotą.
- Obywatel Capet twierdził tak samo. - z przekąsem zauważył prokurator.
- Są też dowody na to, iż oskarżony angażował się w kradzież. W mieszkaniu należącym do obywatela znaleziono złoty kielich, aksamitne chusty, misę z…
- Wysoki sądzie! Nie mogę się na to godzić. Toż to zwykłe oszczerstwo! Kłamstwo! Jeśli chodzi o listy, możecie je nawet przeczytać tu i teraz. Niewiele mnie to obchodzi. Nie zrobicie tego, bo wiecie, że mam rację. Jestem niewinny! Natomiast to już absurd! Uważacie, że ja ukradłem te rzeczy?! - oburzał się duchowny.
- Cóż za impertynencja! - zawołał prokurator.
- Kiedy prawda jest taka, że to majątek kościelny…
- Który został poddany konfiskacie… - przerwał mu sędzia.
- Co sprawia, że zawłaszczenie tych przedmiotów, to nie tylko przestępstwo, lecz zamach na francuski skarb państwa! - dodał prokurator z wymalowaną na twarzy mieszaniną nienawiści i dzikiej radości.
- Zatem oskarżony przyznaje się do…? - chciał zapytać sędzia, lecz uprzedził go ksiądz, nagle pełen wigoru.
- Nie. Wszystko tutaj to absurd, farsa! Możecie nazywać mnie jak tylko chcecie. „Oskarżony”, „obywatel”, te nazwy mi nie ubliżają, ale przede wszystkim jestem zwykłym księdzem, co czyni mnie sługą wobec Boga i dzieci jego, rzesz wiernych zamieszkujących Francję.
- Podżegacz… - wymamrotał cicho prokurator.
- Wiem, że nie mam tu siły i szansy wybronić się przed wami, gdyż jesteście jak wściekłe wilki. Czekacie tylko na okazję, żeby mnie zagryźć, rozszarpać. - ksiądz mówił z głębi swej przepony, a jego początkowa słabość zdawała się całkiem zniknąć, jakby z każdym wypowiadanym słowem rósł w siłę. - Nie jestem zawistny i źle wam nie życzę. Nikomu nie życzę. Myślałem, że w twarzy sędziego na początku rozprawy rozpoznałem twarz przyjaciela. Jakże strasznie się pomyliłem, albowiem przyjaciel mój nie żyje. Zginął niedawno i chociaż nie mam pewności, iż kiedykolwiek był on prawdziwy, z całego serca chcę w to uwierzyć. Natomiast zgnębić się nie dam. Możecie mnie zabić, ale racja jest moja. Nawet jeśli gubię się i tonę w waszej siatce matactw.
Po sali przebiegł szmer i nic więcej. Nie był to czas dla bohaterów. Niektórzy niechybnie zgadzali się z księdzem i podzielali jego ideały. Dla innych był on po prostu obywatelem, rozgoryczonym, że sprawiedliwość wreszcie go dopada. „Teraz wygląda słabo.” - szeptali do siebie. - „Lecz kiedyś żywił się z naszej krwawicy i nikomu, poza wielkim panom oraz bogatym nie pomagał, a nawet tym służył wyłącznie z chciwości. Teraz zawodzi. Jest jak ciężko ranny drapieżnik. W tej chwili wygląda niegroźnie, lecz pozwólmy mu tylko odzyskać zdrowie, a ponownie stanie przeciwko nam i zemści się po stokroć za wszystkie krzywdy, jakie mu wyrządziliśmy, nieważne – prawdziwe czy wyimaginowane. Pleban zawsze próbuje wykorzystać chama. Przemówić do jego sumienia. Tym razem nie damy się wykorzystać, bo wszyscy jesteśmy jednego stanu.”
Widząc, że lud będzie po jego stronie, sędzia zachowywał spokój i nie spieszył się z odpowiedzią. Pozwolił księdzu na zaczerpnięcie oddechu. Naprawdę żałował, że tak się to skończy.
- Nie przeczę, że wasze intencje mogły być szczere, a pobudki szlachetne. Tak jak ty służysz katolikom, ja służę wszystkim Francuzom. Jestem niczym więcej niż narzędziem w rękach sprawiedliwości, a moje ręce są związane przez prawo.
- Tym dla was właśnie jest człowiek. Pozbawionym duszy narzędziem, a teraz niczym Piłat umywacie ręce.
- Chrześcijańskie bzdury… - teatralnie szepnął prokurator, mimiką i gestem zdradzając swoją odrazę.
- Nie tylko was winię. Zostałem wydany z pewnością przez jednego z moich klientów, mam rację? Na pewno mam. Może jestem naiwny, ale z pewnością nie głupi. Starałem się zachować ostrożność…, lecz zostałem przehandlowany przez niewiernego Judasza za marne srebrniki, które przypieczętują los mój niczym…
- Klecha za dużo gada!
Nastała cisza. Te cztery słowa krzyknął ktoś z końca sali. Powoli zaczęły przyłączać się do nich kolejne głosy i hałas narastałby, gdyby nie ukrócił go dźwięk sędziowskiego młotka. Kiedy w sali zapanował względny spokój, jasne stało się, że wyrok musi zapaść czym prędzej. Reszta pytań była już tylko formalnością. Ksiądz z początku odpowiadał niechętnie i starał się robić wykręty. Szybko został przywołany do porządku przez sędziego, który widział narastającą niecierpliwość wśród zgromadzonych. Ława przysięgłych dawno podjęła decyzję. Większość uznała oskarżonego za winnego popełnionych czynów, a niewielka garstka jego sympatyków łatwo dała się przekonać do zmiany zdania, gdy przypomniano im o słowach Nieprzekupnego, mówiącego wtedy o swoim niedawnym kamracie – Dantonie: „Chce amnestii dla winowajców. Chce zatem kontrrewolucji”, zanim stracił on głowę.
- Obywatel skazany zostaje na karę śmierci poprzez ścięcie na gilotynie. - powiedział sędzia, podpisując bez wahania konieczne papiery, uzupełniając formularze i przypieczętowując je swym znakiem.
Wyrok wykonano w trybie natychmiastowym. Nie było chwili do stracenia, sprawa wydawała się jasna. Wszystkie instancje jednogłośnie oznajmiły winę. Wielu oczekiwało, że ksiądz coś jeszcze powie, ale on, na złość im być może, właśnie wtedy postanowił zamilknąć. Nie odezwał się ani słowem, aż do momentu wykonania wyroku - swojej egzekucji. Kiedy stał przed gilotyną, mając po swej prawicy nie zaufanego przyjaciela, lecz zawodowego kata, wyprostował się po raz ostatni dumnie i przed śmiercią rzekł:
- „Próżno się trudziłem, na darmo i na nic zużyłem me siły. Lecz moje prawo jest u Pana i moja nagroda u Boga mego. Wsławiłem się w oczach Pana, Bóg mój stał się moją siłą.”
Uczeni stwierdziliby, że cytował on Księgę proroka Izajasza, nawet jeśli istniała szansa, że zbieżność słów to jedynie przypadek. Moglibyśmy się silić na szukanie drugiego dna w tej wypowiedzi i roztrząsać, czy duchowny wykazał przed śmiercią butę i arogancję typową dla feudalnego pana, czy może jego bogobojność była cnotą, zasługującą na nagrodę. Nie miałoby to jednak najmniejszego sensu. Żadna z rzeczy wypowiedziany przed egzekucją, nie miała znaczenia dla ludu Paryża. Wkrótce wszyscy zapomnieli, że ksiądz o takim nazwisku w ogóle istniał. Nikogo nie obchodziło już kim był za życia, a tym bardziej jak umarł. Jakby nigdy nie należał do ich świata. Równie dobrze mógł nigdy nie istnieć. Kiedy zimne, stalowe ostrze oddzieliło jego głowę od nieruchomego korpusu, skończyła się jego historia. Został zapomniany. Jego nazwisko nie wyróżniło się niczym na tle tysięcy innych. Śmierć wydawała się w tamtym czasie tak pospolita, że nawet najbardziej skrupulatnym kronikarzom, nie chciało się poświęcać na jednostkę więcej niż zdania.
Jeden tylko sędzia zapamiętał tę postać. Nieważne jakby się starał, zapomnieć nie mógł. Prawo nie działa wstecz, a on podpisując wyrok wiedział dobrze, że tym samym również zostaje skazany i tułać się teraz będzie po Paryżu z piętnem kainowym. Wtedy wydawało się, jakby stał z boku. Wyrzuty sumienia przyszły potem, lecz skutecznie je uciszył, podczas dłuższych posiedzeń w tawernie, które pozwoliły mu przekonać samego siebie, że w istocie nic nie było jego winą.
Sędziemu udało się dożyć spokojnej starości, chociaż doświadczył jeszcze niejednego zawirowania we Francji. Niektórzy nazwaliby go oportunistą, gdyż nieważne kto rządził w Paryżu, on zawsze umiał się dostosować. Może czuwała nad nim opatrzność lub zwyczajnie miał szczęście, lecz ze wszystkiego wychodził bez szwanku. Kiedy zaś opowiadał swym wnukom historie o minionych czasach, gdy pracował w trybunale rewolucyjnym jako skromny sędzia i wspominał o skazanym na śmierć przyjacielu, nigdy nie mówił o swojej winie. To nie jego oczy widziały to, co nie jego dłoń podpisywała, kiedy obwieszczał wyrok nie swymi ustami. Za wszystkim stał Robespierre. Do niego należało ramię, jego były struny głosowe i myśl za wszystkim stojąca. Może tak było, a może po prostu tak zwykł powtarzać, aż sam w to uwierzył i nie pozostała żadna inna historia.

środa, 9 października 2019

Impulsywna recenzja "Jokera"

Dzisiaj - dziewiątego października o godzinie osiemnastej - udałem się z przyjaciółmi na seans "Jokera". Film okazał się fenomenalny i w skrócie postaram się opisać, co najbardziej mnie w nim porwało, starając nie zdradzić się zbyt wiele, gdyż to jeden z tych filmów, które najlepiej samemu obejrzeć. Jest wyjątkowy, wybitny. Zaliczam go już teraz do grona moich ulubionych filmów, a nie jestem pewien, czy nie określiłbym go nawet mianem filmu dekady.
Todd Philips jest reżyserem i jednym ze scenarzystów "Jokera". Po człowieku słynącym głównie z komedii takich jak "Kac Vegas", ciężko oczekiwać mrocznej, przepełnionej bolesną prawdą tragedii. Jak pokazuje praktyka, skreślanie filmu z tego powodu okazałoby się straszliwym błędem i przeoczeniem wyjątkowego, porywającego dzieła, które cały czas utrzymuje widza w napięciu, pokazując mu niepowtarzalne doświadczenie Gotham od strony zwykłego obywatela. Joker grany przez Joaquina Phoenixa jest postacią w całości fenomenalną. Nie ma nawet jednej rzeczy, którą uważam, że należałoby zmienić, jeśli chodzi o sposób w jaki został przedstawiony. Urok tej postaci zapewnia mu także gra aktorska na bardzo wysokim poziomie. Joaquin nie jest szczególnie rozpoznawalnym aktorem i oby się to prędko zmieniło! Potrafił przelać w tę postać duszę, uczynić ją wyjątkową i jedyną w swoim rodzaju. Trudno stwierdzić, czy istniał jakiś lepszy wybór, a można nawet założyć, że zawsze jest lepsza opcja, lecz w tym wypadku Joaquin znajduje się bardzo blisko nieosiągalnej perfekcji. Nie zamieniłbym tego aktora na żadnego innego. Poza Joaquinem wszyscy aktorzy grają na bardzo przyzwoitym poziomie, chociaż nie odgrywają tak wielkiej roli, dlatego mniej zapadają w pamięć. Całe dzieło poświęcone jest Jokerowi oraz jego rzeczywistości, niezrozumiałej dla jego otoczenia. Narzekać można jedynie na aktorów dziecięcych, lecz uważam, że z racji ich młodego wieku, nie należy ich za to winić. Starali się z pewnością jak mogli, a nikt nie rodzi się ideałem. Warto też zaznaczyć, że muzyka oraz efekty dźwiękowe są doskonale dopasowane do każdej sceny. Oglądając ten film ma się poczucie, że wszystko genialnie ze sobą współgra. Jest bardzo dynamiczny, a żadna scena nie wydaje się niepotrzebna lub wrzucona do filmu na siłę. Znaczenie tych drobnych, pozornie ważkich szczególików okazuje się kluczowy do zrozumienia całego, większego obrazu.
Joker jest filmem o dziwaku. Człowieku skrzywdzonym przez życie, samotniku odizolowanym od społeczeństwa. Arthur Fleck (tak nazywa się bohater, zanim decyduje się przyjąć miano Jokera) jest człowiekiem, któremu całe życie przydarzają się same nieszczęścia. Wychowuje go samotna matka, ukrywająca przed nim mroczny sekret, który może wywrócić jego życie do góry nogami. Pracuje jako klaun, a jego współpracownicy są również osobami z problemami, co można zauważyć na pierwszy rzut oka, lecz nawet w tej pokracznej bandzie znajduje się na uboczu. Jest osobą, które całe życie znosiła ból, cierpienie, pozwalała sobie pomiatać, lecz nie zamierza znosić dłużej upokorzeń i z biegiem czasu staje się Jokerem. Pomimo, że skazany jest na porażkę, decyduje się na podjęcie walki z największym ze swoich wrogów - społeczeństwem. Ma dość dyktowania mu zasad i gotowy jest zrobić wszystko, żeby wreszcie stać się kimś, by ludzie go docenili. Nikt nie chce całe życie tkwić w jednym miejscu, a szczególnie nie Joker przekonany z początku o tragiczności swojej sytuacji, aż pogrąża się w egzystencjalnym nihilizmie, stwierdzając upadek ludzkiej moralności. Niczym kontynuator tradycji Stańczyka, on - klaun, ofiara żartów i prześladowań, ma odwagę pouczać ludzi, którzy skazują innych oraz siebie samych na tkwienie w piekle jakim jest Gotham, reprezentującym wielkie, amerykańskie miasto w stanie rozkładu. Oglądając ten film trudno mieć pewność, co właściwie jest prawdą, a co nie. Tym większy zachwyt odczuwamy na koniec, gdy dostrzegając wszystkie detale i łącząc je w całość, jesteśmy w stanie stwierdzić, jak bardzo pogmatwany jest umysł Jokera. Koniec końców Arthur Fleck chciał tylko jednego, być szczęśliwy.
To nieistotny szczegół, ale Joker ma bardzo podobny gust muzyczny do mojego. Piosenka bliska mojemu sercu pojawiła się w nim chyba czterokrotnie (jeśli dobrze liczyłem). Odnośnik znajdziecie na dole, gdyż jest ona po prostu wspaniała i mam nadzieję, że powszechnie znana, ale chętnie się nią podzielę dla tych, którzy nie są z nią zaznajomieni.
Każdego kto nie widział, bardzo gorąco zachęcam, a osoby zaznajomione z tym arcydziełem zapraszam do podzielenia się swoimi uwagami. Film wam się podobał, a może macie zupełnie odmienne zdanie? Co najbardziej zapadło wam w pamięć? Nie zapomnijcie mi dać znać w komentarzu na blogu lub moim koncie na Facebooku (Niedźwiedź bipolarny).


wtorek, 1 października 2019

Publiczna służba zdrowia

- Następny proszę! - zakrzyknął lekarz donośnym basem ze swojego gabinetu.
Rodowski podniósł się niezgrabnie z krzesła. Poza tym, że niedawno wszedł w jesień życia, doskwierała mu ciężka kontuzja, której dorobił się podczas wojny. Gdyby nie rozmaite maści i środki przeciwbólowe, nie byłby w stanie wstać z łóżka. Nawet najmniejszy skurcz mięśni, ruch stawu skutkował cierpieniem. W takich momentach zagryzał wargi, pocił się i z trudnością powstrzymywał płacz. Nie był przyzwyczajony do okazywania słabości. Całe szczęście przed przybyciem do szpitala, pochłonął końskie dawki leków przeciwbólowych i teraz nie czuł już właściwie niczego, nawet swoich własnych palców.
Wszedł powoli do środka i niezgrabnie wgramolił się na stojące w pomieszczeniu szpitalne łóżko. Nigdy nie lubił wizyt w gabinecie. Wszystko w nich świeciło nienaturalną bielą. Dziwne, rozmieszczone po całym pokoju przyrządy. Przygnębiający minimalizm. Wystrój przypominający więzienną celę. Niczemu tutaj nie ufał, nawet kranom. Szpitale kojarzyły mu się z chorobą i umieraniem, bardziej niż ze zdrowiem, i życiem. Kto wie, jaka woda przepływa tymi rurami i czy ta ciecz to faktycznie jedynie niegroźna woda? Wszystko tu wydawało się przesiąknięte jakąś nieokreśloną zarazą, zakorzenioną w każdej płytce i cegle. Wolał niczego nie tykać. Kto wie, czy nie złapie tu jakiegoś paskudztwa. Jakby nie miał dość problemów z toczącymi go chorobami.
- Panie doktorze.
- Słucham?
Przy biurku siedział siwy mężczyzna, starszy jeszcze od Rodowskiego i wpatrywał się w ekran komputerowy, poprawiając swoje przedpotopowe binokle. Nie zwracał uwagi na pacjenta. Zbyt zajęty był papierkową robotą. Czy kolumna piąta zgadza się z dziewiętnastą? Zastosował poprawną komendę? Poza tym nie może zapomnieć, że każdy dokument należy zapisywać w trzech rozszerzeniach: .xslm, .pdf, .txt. Pisanie na komputerze nie wydawało mu się nawet najgorsze, chociaż każdy przycisk naciskał powoli i ze skupieniem godnym turniejowego szachisty, przez co pacjentom zdawało się, że każda wizyta trwa tutaj wieki. Znacznie bardziej przeszkadzał mu niedobór kofeiny. Na cały dzień pracy musiał starczyć mu jeden czajnik do zaparzenia herbaty lub kawy. Najgorsze, że czajnik był bardzo mały i nie mógł wlać do niego zbyt wiele wody, którą przynosił ze swojego domu. On także czuł, że coś jest nie tak z tutejszymi rurami i ta pożółkła, mętna ciecz, nadaje się być może do opłukiwania narzędzi, ale z pewnością nie jego herbaty.
- Nie chcę brać już tych leków. - oznajmił Rodowski.
- Których? - zapytał lekarz, który miał prawo nie wiedzieć, o jaki specyfik mu chodzi, w końcu oboje wiedzieli, że recepty otrzymywane przez Rodowskiego były dłuższe od listy zakupów.
- Tych „szczęśliwych pigułek”. Wie pan, o które mi chodzi.
- Delikwent pragnie być hoży, więc imperatywem powinno być dla delikwenta przyjmowanie zaordynowanych mu specyfików.
Wszystko w lekarzu było archaiczne. Wygląd, zachowanie, nawet sposób mówienia. Jakby roztaczał wokół siebie magiczną aurę, która wszystko, co znajdzie się w jej obrębie, cofała wstecz przynajmniej o kilka dekad. Rodowski nie mógł tego stwierdzić z pewnością, ale nie zdziwiłby się, gdyby lekarz posiadał moc podobną do dotyku Midasa. Poza tym jak inaczej można wyjaśnić, że jego okulary wyglądały, jakby pochodziły z epoki kolonialnej? Pewnie pewnego dnia trafił do sklepu okulistycznego, przymierzył pierwszą parę i zamienił je samym tylko dotykiem w dziewiętnastowieczne binokle. Nieszczęsny właściciel musiał zażądać od niego natychmiastowego zakupu i opuszczenia sklepu, bo kto inny mógłby nosić na nosie równie stary, pordzewiały kawałek metalu?
- Kiedy ja się nawet gorzej po nich czuję. Mam wrażenie, że leki się mieszają i całymi dniami czuję się chory.
- Delikwent w takim razie niech ich nie miesza. Azaliż rzekłem, używek basta…
- Kiedy ja żadnych nie biorę! - wtrącił Rodowski.
- Zamilcz! Niech delikwent nie miesza, to nie będzie odczuwać nudności.
- Wiem, że doktor mówił, kiedy brać i które…
- Ale nie usłuchałeś?
- Właśnie starałem się, ale doba ma tylko dwadzieścia cztery godziny, a więc branie tych leków jest awykonalne, bo one są przeznaczone na co najmniej dwadzieścia dziewięć. Nawet jakbym nie spał, żeby brać leki o wskazanej porze, to skąd ja wyczaruję dodatkowe pięć godzin?
- Delikwent Rodowski ciągle tylko narzeka. Wasze warcholstwo przekonuje mnie, iż być może wcale nie pożądacie być hoży?
- „Chorzy” czy „hoży”? - zapytał zdezorientowany Rodowski.
- No przecież mówię! - zdenerwował się lekarz. - „Hoży”, samo „h” i „ż” z kropką.
- Może są jakieś inne metody? Ja chcę być zdrowy.
- Delikwent lęka się lobotomii i zapiera przed elektrowstrząsami, to co konsyliarz taki jak ja może jeszcze uczynić?
Rodowski wzruszył ramionami. Nie miał pojęcia. Poza tym, że bardzo lękał się tak drastycznych zabiegów, nie chciał urazić lekarza. Nie ze względu na swoją sympatię, po prostu miał pewność, że nie znajdzie lepszego, jeżeli w ogóle trafi na jakiegoś z wolnymi terminami.
- Zdaję się na doktora, ale może jest jakaś alternatywa?
- Delikwent ma słuszność. Uczynię delikwenta hożym, choćbym zmuszony był wstąpić do piekieł!
- Może po prostu przyjdę innego dnia… - Rodowski wstał i chciał się powoli wycofać.
- Jakiż termin delikwent posiadał?
- Trzynasta trzydzieści siedem.
- Na tę chwilę jest zaś?
- Dwudziesta pierwsza trzydzieści siedem, co z tego?
- Azaliż nie dostrzega delikwent, iż oczekiwanie trwało około ośmiu godzin? Jakże tak opuszczać publiczny lazaret bez preskrypcji?
- Właściwie to krócej, bo jestem przyzwyczajony do tych opóźnień. Zdążyłem przynajmniej ugotować obiad, odwiedzić wnuki, ułożyć puzzle.. Natomiast doktor wydaje się dziś jakiś nie w sosie. Chyba przydałoby się doktorowi wypocząć. Te podkrążone oczy i zmęczenie wypisane na twarzy...
- Nonsens! Poczuwam się w pełni mych sił witalnych! - lekarz oburzył się.
- To niech mi doktor coś wreszcie zapisze. Dziś znowu prozac, xanax i…
- Nie, bynajmniej. Muszę powołać się na wyższą instancję! Delikwent Rodowski otrzyma specjalne skierowanie. - odrzekł doktor i zaczął coś zapisywać.
- Co to? - zapytał Rodowski odbierając kartkę.
- Skierowanie na amputację.
- Czego? Kończyn? Aż tak źle się nie czuję…
- Nie, bynajmniej. Delikwent niechże się nie obawia. To wyłącznie amputacja głowy.
- Ach, skoro tak, to dziękuję. Doktorze, mogę zadać jeszcze jedno pytanie?
- Naturalnie.
- Czemu w terminach znajduje się zawsze siódemka na końcu?
- Otóż to kawał akademicki, związany z liczbami pierwszymi. Delikwent pragnie usłyszeć?
- Długi?
- Nie, bynajmniej. Zapisaliśmy go ongiś, to jedynie siedem stron formatu A4.
- To nie, dziękuję za skierowanie. Do widzenia.
- Bywaj! - odkrzyknął lekarz i nie czekając nawet chwili wydarł się. - Następny!
Rodowski wyszedł pośpiesznie z budynku i był ogromnie zadowolony. Wreszcie nie będzie odczuwał tych paskudnych nudności. Może nawet pierwszy raz od dawna porządnie się wyśpi. Była to prawdopodobnie najkrótsza wizyta u lekarza, jaką dotychczas miał nieprzyjemność odbyć. Spojrzał teraz na skierowanie i załamał się. Dziś czternasty sierpnia dwa tysiące ósmego roku. Zabieg zaś odbyć miał się szesnastego sierpnia, ale dopiero dwa tysiące sto osiemnastego roku.
Zły na siebie, doktora i służbę zdrowia chciał wyjść na ulicę, lecz w korytarzu zatrzymał go piegowaty młodzieniec.
- Przepraszam pana. - zaczął, drżąc jak osika. - To gabinet jakiego lekarza?
- Ten? - Rodowski odwrócił głowę i wskazał w stronę pokoju, z którego niedawno wyszedł.
- Tak.
- Ornitologa.
Rodowski podszedł z chłopakiem do drzwi gabinetu. Wskazał na wiszącą nad drzwiami srebrną tabliczkę, gdzie napisano „Lekarz medycyny. Specjalista ornitologii”. Obok tego widniało jakieś zamazane nazwisko, które być może należało do doktora, lecz wytarło się dawno temu.
- Ornitologa? Czym się zajmuje?
- Nie wiem, nikt nigdy mi nie powiedział, ale słyszałem, że to chyba lekarz od zębów lub kręgosłupa. Rząd nie ma pieniędzy na zatrudnianie innych lekarzy. Zostali ornitolodzy, mikologowie, sowietologowie i paru innych... To podobno bardziej opłacalne, ale bez obaw, skończył kurs internetowy. Na którą godzinę masz wizytę chłopcze?
- Dwudziestą drugą trzydzieści siedem.
- W takim razie powodzenia. - odparł Rodowski przekonany, że chłopak nigdy nie wejdzie do środka.

czwartek, 19 września 2019

Pobudka zimowa Niedźwisia

Gdziedy siedziałem na swoim biurzyśle,
Wpatrzony w lenopa, w celu wytępinacji smulu,
Zrozująłem, że to stanowi isturę całej problemacji!
Bezruchowy siad w niedużym więzioju.

Dopiedy naszła mnie ta myślizacja,
Natrenowałem się być pracuktywny,
Chociaż nadal zazwyczęsto używam lenopa,
Służy jedyłącznie jako pomocorzędzie.

Teraz zazwyczęsto tworzukuję,
Regularnie wyspacerowuję godziny,
Czaskiedy zlenię się trochę,
Lecz codziennie coś nauczytam.

Me pragnierzenie prześć nawciąż do przodu.
Przedjutro jest lepsze niż przeddziś.
Gdy rozłatwię ostatniałą problemację,
Zaczędę bycie radośliwym Niedźwisiem.